piątek, 14 kwietnia 2017

Rozdział 25

        


       I oto kolejny rozdział. Pisany na zimnej lodowej wyspie ( Islandii). Niby bliżej bieguna, a aż tak zimno wcale nie jest. Choć pogoda zmienna bardziej niż kobieta. :) Końcówka rozdziału pisana byla przed finałem VD. Niestety tak pochłoneła mnie praca, że dopiero teraz moge coś wrzucić. Blog zostaje zawieszony do odwołania, może kiedys znowu wroce do tej historii. Nie ma sensu jej ciągnąć poki co. 



                                               ~~~~~~~~~~~~





                                           Salon Salvatore 



  W salonie unosił się płacz dziecka. Damon powoli nie dawał, sobie rady ze zniesieniem odgłosów jakie wydaje dziecko. Caroline próbowała je nakarmić, ale bezskutecznie. Kołysała powoli dziecko w ramionach cicho śpiewając. Wampir odwrócił się od okna i spojrzał na blondynkę z krzywą miną, po czym jego wzrok powędrował w stronę czarownicy, która siedziała cicho i przeglądała księgę razem z Willem. Zrobił krok w przód chcąc pójść dolać sobie alkoholu, ale zatrzymał się w pół kroku słysząc jak dziecko coraz bardziej płacze. Podszedł do blondynki szybkim krokiem i zabrał jej dziecko nim zdążyła zareagować.
- Damon to tylko dziecko! Oddaj je! - patrzała mu twardo w oczy.
- Nie umiesz się nim zająć jak widać. - obnażył kły w jej stronę.
- Jeśli coś jej się stanie...
- Prędzej mi od tego wycia... - przerwał jej, ale zamilkł w połowie zdania. Dziewczynka przestała płakać. Patrzyła na niego wielkimi brązowymi oczami. Przez kilka sekund patrzyli sobie w oczy, aż w końcu dziewczynka się zaśmiała i wyciągnęła rączkę w kierunku jego twarzy. Jakby chciała dotknąć kłów.
- Nie wierzę...- szepnęła cicho blondynka - jak to zrobiłeś? - wampir nie wiedział co powiedzieć, czy zrobić. Stał chwilę jak sparaliżowany, po czym się uśmiechnął do małej. Wyciągnął dłoń i po chwili blondynka podała mu buteleczkę. Damon nie patrząc na nikogo usiadł z dziewczynka w fotelu. Bez słowa zaczął ją karmić. Bonnie z Willem wymienili szybkie spojrzenia i się pod nosem zaczęli śmiać. Wampir miał gdzieś, co kto pomyśli. Nagle usłyszeli dźwięk dzwonka u drzwi. Caroline z lekkim uśmiechem podążyła otworzyć. Po kilku chwilach weszła do salonu razem z Meredith. Lekarka nie mogła zdusić śmiechu, widząc tego wrednego wampira z małą słodką dziewczynką w ramionach. Damon powoli wstał i poddał delikatnie małą dla lekarki.
- Ani słowa. - warknął cicho, spoglądając na blondynkę.
- Jak widać, źle nie miałaś - Meredith szepnęła do małej, a ta się zaśmiała.
- Co z nią będzie? - spytała blondynka.
- Jak na razie zabieram ją do szpitala, a później pewnie trafi do adopcji. - skinęła głową w stronę przyjaciół i zaczęła iść w stronę drzwi - Byłbyś niezłym ojcem.
   Chciał coś odpowiedzieć wrednego, ale po chwili namysłu się z tego wycofał. Nawet nie wiedział co miałby powiedzieć. Kiedyś myślał nad tym, żeby mieć dzieci, ale to było nie możliwe odkąd stał się wampirem. Usiadł w fotelu obok czarownicy, która się wciąż się uśmiechała do niego. Skinął głową na księgę, a ta tylko pokręciła głową smutno.
- Jak pokonany Kaia, to przejdziemy do naszej krainy. - zaczął Will - Tam rośnie te ziele, które jest potrzebne do odwrócenia zaklęcia.
- Nom, czyli czeka mnie przeprowadzka. - powiedziała w zamyśleniu mulatka - Nie poszłam na żadną uczelnię, tak jak Elena czy ty - spojrzała na blondynkę, była zbyt zajęta szukaniem zaklęcia by myśleć o nauce - Damon, a ty? Co zrobisz jak pokonamy Kaia?
- Ja...- czuł wzrok wszystkich zebranych na sobie, wziął głęboki oddech - nie wiem gdzie, ale wiem z kim. Jeśli Alice będzie chciała żyć u siebie, to ja też. Tylko fajnie, by było mieć jakiś portal, żeby braciszka odwiedzić.
- Sądzę, że to będzie możliwe - spojrzał Willowi w oczy - tylko rada musi się zgodzić. Moi rodzice są w niej, a oni cię lubią, was wszystkich. Za to co zrobiliście dla mnie i mojej siostry. 







                                       Dom na skraju lasu 



  Kai czytał księgę z zaklęciami, którą znaleźli podczas jednej z masakr, dokonanych przez nich w innym miasteczku. Alice siedziała na fotelu obok niego uśmiechając się szeroko. Palcami bawiła się swoimi włosami i przegryzała wargę. Kai tylko spojrzał na nią kątem oka.
- Bardzo cię lubię, ale możesz tak nie robić, póki nie skończę. - odwrócił do niej głowę, a ta się szybko zbliżyła i usiadła mu na kolanach.
- Jakoś nie mogę. - mruknęła mu prosto do ucha. Wypuścił trzymany w dłoni wisiorek i złapał ją za udo przyciągając do siebie.
- Powinnaś się mnie słuchać. - starał się na wrogi ton, jednak wcale mu to nie wychodziło.
- Wybacz, ale nie chce. - kącik jej ust uniósł się w górę. W tym samym momencie przyciągnął ją do siebie jeszcze bliżej i zatopił palce w jej włosach. Złączył swoje usta razem z jej. Oderwała się od niego po krótkim czasie.
- Po co ci w ogóle Luke? - bawił się jej włosami i uśmiechał szeroko.
- Lubię denerwować moją siostrę.
- Nie za bardzo ona się ciebie słucha.
- Podobnie jak ty. - mruknęła i udała obrażoną, a on wzdychnął i przyciągnął ją znowu do siebie, Spojrzał w jej oczy i pomyślał o tym jak wykorzystac zaklecia z ksiegi. Wiedział, że jej przyjeciele i rodzina nie dadzą spokoju poki nie odzyskają jej. Musiał jakos cos  zrobic, by w koncu dali im spokoj. Było jedno zaklęcie, które mogło pomóc mu w jego celach. Uśmiechnął się szatańsko i pocałował swoją ulubienicę.






                                    Rezydencja Mikelson 



  Merlin stał w salonie czekając, aż reszta przyjaciół się zbierze i będą mogli ruszyć w drogę powrotną. Czuł na sobie czyjś wzrok. Jednak nie zrobił żadnego ruchu. Wciąż spoglądał przez okno. Po chwili poczuł, jak ktoś go lekko dotyka w ramię.
- Jak jest w twoim świecie? - usłyszał tuż obok głos siostry pierwotnych.
- Inaczej. - spojrzał na nią kontem oka, a od razu dostrzegł, jak patrzy na niego robiąc maślane oczy.
- Nie ciekawi cię ten świat? Może zostaniesz na dłużej?  Te miasto, jest bardzo ładne o tej porze roku. - kokietowała go i  złapała za rękę.
- Jestem potrzebny swoim przyjaciołom. - odwrócił się do niej. Gdy tylko to zrobił, to zbliżyła się do niego jeszcze bardziej. Tak, że nie było między nimi żadnej wolnej przestrzeni. Złapała go za najwyższy guzik w koszuli, nim jednak go rozpięła, to jej to uniemożliwił. A ona jak gdyby nic przegryzła wargę.
- Wybacz, ale już kogoś mam. - te słowa, nie zrobiły na niej wrażenia.
- Może jestem od niej lepsza? - druga ręką dotknęła jego klatki piersiowej, nie dając za wygraną.
- Nie. - stracił jej ręce z siebie i odwrócił się do schodów z których schodzili bohaterowie. Rebeca była nie zadowolona z takiego obrotu spraw. Rzadko, który mężczyzna potrafił się jej oprzeć.
- Siostra, zostaw naszego gościa w spokoju. - do salonu wszedł Klaus, który chciał osobiście podziękować za pomoc. Co było do niego nie podobne, ale coś w jego sercu czy głowie nie pozwalało tak po prostu im odejść, bez słowa. Po kilku krótkich pożegnaniach udali się w drogę powrotną. Pełni zapału ruszyli w kierunku Mistic Falls. Merlin mimo uczuć jakimi darzył młodą czarownice bał się powrotu. Wiedział, że nie może brnąć dalej w tą relację bo ją skrzywdzi. Snow razem z Davidem rozmyślali z uśmiechem o odzyskaniu córki i powrocie do domu.
- Snow? - książę przykuł jej wzrok - Wiem co myślisz o wampirach, ale ten Damon, on naprawdę jest dobry dla naszej córki.
- Ale to wampir, słyszałeś co mówili o nim?
- Snow, zmienił się. - już chciała mu przerwać, ale nie dał jej dojść do słowa - Może i jest jaki jest, ale dla Alice jest dobry. Chroni ją. - wzdychnęła głęboko.
- A Hookowi nie ufałeś. - zauważyła.
- Hook to Hook. Ostrożności nigdy za wiele - przekręcił oczami - po prostu go nie lubię. Alice już wybrała, nie zmieni zdania. Nie było mi łatwo go zaakceptować, ale jednak...nasza córka ma na niego ogromny wpływ. Daj mu szansę, jak nawali to go sam zabije.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz. - złapała go rękę i spojrzała za okno. Bała się o nią, ale i tak wiedziała, że ona zrobi tak jak chce. Mało czasu spędziła z córką i synem, ale wiedziała jacy są. Przez to, że spędzili większość życia sami. Chciała ich odzyskać. Wiedziała, że tego może dokonać.




                                Dom na skraju lasu


  Caroline razem z Enzo obserwowali kryjówkę Kaia. Miała to zrobić razem z Bonnie, ale ona razem z Damonem i Willem zostali, żeby omówić plan. Enzo się zaoferował sam. Bądź co bądź polubił Alice, ale jeszcze bardziej lubił dokuczać blondynce. Słyszeli tylko odgłosy lasu. Nic więcej.
- Co oni tam robią? - szepnęła w zamyśleniu.
- Dużo rzeczy mogą robić. - pomachał brwiami z uśmiechem.
- Blee, ale ty niesmaczny. Alice by tego nie zrobiła. - skrzywiła się patrząc na dom.
- To nie jest ta Alice, którą wszyscy znają. Jest pod kontrolą, więc może wszystko. Tak samo jak wampiry kontrolują swoje ofiary.
- Masz rację. Po prostu chciałabym, żeby to się skończyło już. - spojrzał na nią porozumiewawczo. Chciał coś powiedzieć, ale jakiś ruch przy domu mu to uniemożliwił. Spojrzeli uważnie w tamtą stronę. Alice razem z Kaiem wsiedli do samochodu. Jechali tak przez kilka minut. 






                                              Ogród Salvatore 



   Czekali na powrót bohaterów. Will był napięty niczym żyłka wędkarska. Chciał początkowo jechać z Caroline, ale Damon go powstrzymał mówiąc, że nie da rady być spokojnym jak będzie coś się działo. Damon też nie mógł wytrzymać w bezruchu. Nie mogąc nic zrobić. Czuł się jakby się poddał o walkę o jej życie. Jakby zawiódł każdego. Nagle usłyszeli odgłosy dochodzące zza domu. Pierwszy wszedł Merlin, a za nim szli pozostali. Nie spojrzał ani razu na czarownice. Wymagało to od niego wiele wysiłku. Jednak po nim tego nie było widać, dlatego Bonnie czuła się jeszcze gorzej. Myśląc, że już całkiem nie obchodzi go jej los. Snow położyła na stoliku przy którym siedzieli, dwie buteleczki.
- To jej pomoże? - spytał wampir patrząc na butelki.
- Tak, to jej pomoże. - mruknęła cicho Regina opierając się o drzewo.
- Mamo, co jest? - Will patrzał raz na matkę raz na ojca, którzy nie wyglądali na szczęśliwych. - Coś się stało prawda? - Damon dopiero teraz dostrzegł, że mimo zdobycia odtrutki nadal są jakby pogrążeni w smutku.
- Jeden eliksir pomoże Alice, a drugi zabije Kaia. - Snow usiadła obok syna.
- Ale? - Will dalej się dopytywał, ale ona nie potrafiła spojrzeć jemu w oczy.
- On...- głos zabrał Merlin - ...Kai musi spożyć eliksir w ciągu godziny inaczej Alice umrze. - Jego słowa wisiały w powietrzu niczym fatum. Damon przez chwilę nie mógł się skupić na niczym. Jednak po chwili jego myśli płynęły szybko, niczym konie w gonitwie. Wstał i spojrzał na ich rodziców.
- Ten eliksir nie musi być tylko wypity prawda? Można zakląć płyn w jakimś ostrzu i go wbić, da się w ten sposób prawda? Wtedy na pewno on spożyje eliksir. - pytaniem zwrócił się do Merlina i Bonnie. Pierwszy raz Merlin na nią spojrzał i tylko kiwnął głową.
- Da się tylko on ma potężną moc. - zaczęła Bonnie. - mogę cię częściowo ochraniać przed jego atakiem...
- Pomogę ci. - wszedł w jej słowo, ona tylko złapała większy oddech.
- Mimo naszej pomocy to i tak jest bardzo ryzykowne. Jeden szybszy jego ruch, jeden nasz mały błąd, a możesz przypłacić życiem. - spojrzała na niego twardo.
- Okej...Ale powiecie mojemu bratu, że...albo nic mu nie mówcie. - uśmiechnął się pod nosem.
- Damon? - spojrzał na Snow, którą się do niego zwróciła, chyba po raz pierwszy odkąd się znają - Jak wracaliśmy, to David upierał się, że jesteś dobrym wyborem dla naszej córki. Ja nie chciałam tego przyznać, ale widzę, że się myliłam.
- Dziękuję. - nie wiedział co miał więcej powiedzieć.
- Chce ją chronić, dlatego nie byłam pewna.
- Ja też chcę i próbuje to robić.
- Ale pamiętaj tylko spróbuj ją zranić...- zaczęła palcem wskazując na niego.
- A mama da ci szlaban. - Will nie mógł się powstrzyma, żeby tego nie powiedzieć. Przez co chociaż trochę napięcie, które wszyscy trzymali w sobie zmalało.
- Dobra... - wziął jedną buteleczkę w rękę i spojrzał na czasowników - czas zrobić małe sztuczki magiczne. Chodź Bon-bon. - złapał ją za rękę i pociągnął do wnętrza domu. Za nimi poszedł Merlin. Usiedli w salonie i wymawiali zaklęcia nad sztyletem. Złapał ją nagle za ręce. Poczuła jak jej policzki robią się czerwone. Jednak nadal bardzo się starała, żeby być w pełni skupioną nad zaklęciem. Sztylet wchłoną cały eliksir i zaczął się czerwienić, po czym przygasł. Puścił szybko jej dłonie, wziął sztylet i wsadził go do kabury.
- Tylko uważaj z nim. - podał go dla Salvatora. Obok czarownicy usiadł Will i spojrzał na Merlina.
- Plan jest taki. Wy pilnujecie Damona, żeby dał radę a my się zajmiemy Alice. - powiedział w zamyśleniu Will.
- Może trzeba bardziej precyzyjnie plan ułożyć. - czarownica nie była pewna tego ogólnego planu.
- Zawsze może pójść coś nie tak. - zaczął Merlin - Nie możemy wszystkiego przewidzieć. Jeśli ktoś będzie chciał odpuścić i nie brać w tym udziału, to przecież nikt nie zmusza.
- Zaraz sugerujesz, że jestem tchórzem? - mulatka się najeżyła i spojrzała na czarownika twardo.
- Mówię tylko, że nie wszyscy muszą. - mówiąc to wydawało się że jest spokojny i arogancki. Jednak w środku był nie spokojny. Najbardziej ryzykował życie on, wampir i ona. Nie chciał, żeby coś jej się stało. Jednak zapomniał o jednym, ona nie jest tak jak dotychczasowe jego miłości. Bonnie się nie poddawała, nigdy. Wstała z twardym wzrokiem i podeszła do okna.
- Wrócę za kilka minut, dowiedzcie się od Caroline gdzie oni są. - spojrzała na Willa i wyszła. Zeszła po schodkach i spojrzała w dal. Miała już iść dalej, ale usłyszała otwierane drzwi. I się obejrzała. Dołączył do niej Merlin. Nie była pewna co powiedzieć, czy się ruszyć. Ustał obok niej i skinął głową w stronę jej domu. Pokiwała lekko głową i ruszyła przodem.
Przez kilka chwil żadne z nich nie powiedziało ani słowa. Szli obok siebie, krok za krokiem.
- Przepraszam. - szepnął wciąż idąc.
- Za ignorowanie, czy za sugerowanie, że jestem tchórzem? - czuła jak wszystkie trzymane dotąd emocje, chcą się wydostać na zewnątrz.
- Za wszystko...Bonnie...- złapał ją za ręce i odwrócił twarzą do siebie - nie uważam cię za tchórza. Po prostu nie chciałem, żeby coś ci się stało.
- Czyli chciałeś mnie chronić? - puściła jego ręce - Jakoś tego nie widzę, nie patrzysz na mnie wcale, nic nie mówisz.Jesteś zimny i arogancki. A ty uważasz że się o mnie troszczysz?!
- Bonnie...
- Nie! Nawet jeśli mamy być tylko przyjaciółmi, właśnie przyjaciółmi Merlinie, a ty wcale tak się nie zachowujesz. Ja rozumiem klątwa i w ogóle, ale ...nawet o Alice dajesz radę się bardziej martwić niż ... - nie zdążyła dokończyć zdania. W tym momencie puściły mu hamulce, które trzymały go w ryzach. Pocałował ją, a ta mu się wcale nie opierała. Oderwali się od siebie po kilku chwilach.
- Ciężko mi utrzymać ciebie w bezpiecznej odległości od siebie. - wciąż wtulona w niego patrzała mu w oczy - Dlatego byłem chłodny. Może usiądziemy.- skinął głową w stronę ławki i po chwili już usiedli.
- Nie będziesz musiał trzymać mnie z daleka od siebie. - powiedziała zerkając na niego, spojrzał na nią pytająco - Znalazłam w księdze przeciw zaklęcie. Wiem jak zdjąć twoją klątwę Merlinie, ale potrzebuje czegoś co jest tylko w zaczarowanej krainie.
- Będę wolny... - szepnął cicho - ...będę wolny. - mówił to w taki sposób, jakby nie wierzył, że to jest możliwe. Setki lat zaklęty, a teraz mógłby być w końcu wolny.
- Tak, będziesz wolny. - spojrzał na nią i ponownie ją pocałował. Tym razem całował, jakby to był ich pierwszy pocałunek.
- Opowiem ci moją historię, pełną historię. Ta kobieta, w której byłem zakochany ...
- Vanessa?
- Tak, dowiedziała się, że bardziej pokochałem jej służącą Marie. Nie chciałem ranić Vanessy, dlatego też chciałem zrobić to powoli.
- To? Czyli zerwać z nią? - pokiwał głową.
- Jednak ona... nie mogła się pogodzić, że to koniec. Śledziła mnie i pewnego dnia dowiedziała się o mnie i o Marie...- zamknął oczy i zacisnął dłoń - ... gdybym choć przez chwilę pomyślał, to bym ją stamtąd wywiózł daleko...Nie wiedziałem, że Vanessa jest potężną wiedźma. Większą ode mnie...zabiła Marie na moich oczach...- otworzył oczy, a z nich poleciała łza.
- To nie była twoja wina. - ścisnęła jego rękę. Sama ledwo panowała nad sobą, żeby się nie rozkleić. Nie mogła uwierzyć w to, jakim cudem przeżył tyle lat, bez miłości, bez dania sobie tej radości bycia z kimś na kim ci zależy.
- Ale mogłem przewidzieć. Wiedziałem jaka jest Vanessa, że nie lubi tracić czegoś co miała. Potem gdy ją zabiła to rzuciła na mnie klątwę. Nie rozumiałem tego na początku. Później trafiłem na Sharon. Ona była ostatnią, z którą próbowałem.
- A ja będę pierwszą, która będzie po klątwie. I mam nadzieję, że ostatnią. - zaśmiał się razem z nią na te słowa.
- Bonnie...jeszcze nie zdjęliśmy klątwy. Nie wiem kiedy to się stanie, więc mimo znajomości zdjęcia klątwy...
- Mamy nadal pozostać daleko. Spokojnie rozumiem. - nadal się lekko uśmiechała.
- Czyli, masz nie myśleć o mnie non stop. Masz żyć, własnym życiem.
Wstali i pomału szli drogą do jej domu. Nadal się nie dotykali, ale tym razem wiedzieli, że jest dla nich nadzieja.
              

                


                                                Las


 
  Caroline szła za Enzo leśną ścieżką. Starali się iść jak najciszej się da. Blondynka napisała szybkiego sms-a do czarownicy. Byli całkiem niedaleko Mystic Falls przez co wiedziała, że przyjaciele zjawią się tak szybko jak to tylko możliwe. Wampir na nią spojrzał i kiwnął głową w stronę pobliskiego wielkiego drzewa, za którym po chwili się skryli. Nie byli pewni tego czego Kai szuka w środku lasu. Jedyne co podsłuchali to słowa Kaia, w których wspominał, że chce zlokalizować jedną ze starożytnych tablic. Tylko nie wiedzieli do czego mu była potrzebna. Alice usiadła na pobliskim wielkim kamieniu, a czarownik stał obok posągu i cicho wymawiał jakieś zaklęcie. Przez kilka minut nic się nie działo, zauważyli z daleka jak przyjechali ich przyjaciele. Czarownica napisała szybko do przyjaciół wiadomość. Po kilku minutach byli już wszyscy w jednym miejscu. Widzieli ich stojących przy posągu. Kai wyjął z kieszeni amulet po czym spojrzał na Alice, która się uśmiechnęła szeroko i kiwnęła głową. Chwilę później zniknęła, nie wiadomo gdzie.
- Wiem, że tam jesteście. Wyjdźcie. - czarownik zwrócił się do nich i się rozglądał dokoła. Bonnie razem z Damonem  i Merlinem zostali za drzewami, a reszta ruszyła na przód.
- Tylko bez sztuczek. - ostrzegł ich - Bo będziecie tego żałować. - nagle obok niego pojawiła się Alice, którą pchnęła lekko do przodu związanego Stefana i Elenę. Damon widząc brata chciał już wkroczyć, ale w ostatniej chwili Bonnie go powstrzymała.
- Szkoda, że nie ma tutaj twojego brata Stefanie, ale w ostatnich waszych chwilach macie chociaż przyjaciół. - za drzewami wampir ledwo panował nad sobą. Musiał ocalić nie tylko Alice, ale także swojego brata i Elenę.
- Nie dam rady, musimy zaatakować. - szepnął w końcu do czarownicy.
  Spojrzała na niego po czym utkwiła wzrok w Merlinie. Ten tylko pokiwał głową na znak, żeby zaczęła wymawiać zaklęcie. Damon zaczerpnął głębszego oddechu i ruszył między drzewami, zbliżając się nich. Bał się, że rzucane przez przyjaciół zaklęcie które miało go zrobić nie widzialnym nie zadziała, że Kai się czegoś domyśli. Ustał tuż obok Merlina, jego serce nigdy wcześniej tak mocno nie biło jak teraz. Musiał dostać się do Alice. Dwa rzuty.
  Jednym ostrzem w Kaia, a drugim w Alice. Musiał być precyzyjny w drugim rzucie, by nie zrobić wielkiej szkody dla ukochanej. Spojrzał na Kaia, który mówił do jego przyjaciół. Ostatni raz spojrzał na brata i na Elenę, po czym ruszył w kierunku Alice. Krok za krokiem był coraz bliżej. Trzymał w dłoniach sztylety, które mocniej ścisnął. Uniósł ręce by rzucić ostrza, jednak nagle go skręciło w brzuchu.
- Mówiłem żadnych sztuczek! - mina Kaia wyrażała chęć mordu. Wszystko się rozgrywało szybko niczym huragan. Jednym ruchem sprawił ból Salvatorowi, jednak nim upadł rzucił ostrza. Jedno przeleciało obok ucha Kaia, a drugie trafiło w Alice. Jednak niezbyt głęboko, przez co nadal była pod kontrolą czarownika. Bonnie razem z Reginą odpierali ataki czarownika, chroniąc tym samym przyjaciół. Sam Merlin natomiast postanowił ruszyć w kierunku związanych przyjaciół. Kątem oka zauważył jak Alice idzie w jego kierunku. Chciał rzucić zaklęcie odpychające, jednak nim to zrobił to zauważył jak Alice zostaje odrzucona w drugą stronę. Nie patrzył dzięki komu to się stało. Był pewien, że to Bonnie go ochrania. Szybkim ruchem rozciął sznur wokół Eleny i Stefana, którzy już po chwili byli wolni. Alice czuła płynącą wściekłość od Kaia. Przez co nie kontrolowała sie zupełnie. Jej oczy zwęziły się jeszcze bardziej niż u kota i ruszyła w stronę Hooka, który pomagał Damonowi wstać. Ugryzła go swoimi kłami w szyje, przez co pirat się zatoczył w tył ciągnąć ze sobą wampira. Damon ostatkiem sił wbił ostrze głebiej. Alice otworzyła szerzej usta i chciała już go ugryźć, ale się zatrzymała. Jej oczy powoli przybrały normalny kolor i rozmiar.
- Damon? - szepnęła cicho, była lekko zdezorientowana. Wampir się uśmiechnął, lecz po chwili przypomniał sobie o czarowniku. Kai wymówił jakieś zaklęcie i w jednej chwili wszyscy padli na ziemię, wszyscy oprócz jego byłych więźniów. Czarownik się odwrócił w ich stronę.
- Jesteście strasznie uparci, żeby ratować swoich przyjaciół. - spojrzał na Elenę, a potem na Stefana, który był gotowy do ataku - Ciekawe jak wam pójdzie jak ktoś z was jednak zginie.
 Mówiąc to odwrócił się do Eleny i rzucił ostrym kołkiem w jej stronę. Wszystko działo się w jedną sekundę. Elena myślała, że po chwili poczuje jak kołek się wbija w jej pierś. Jednak tak się nie stało. Przed nią stał Stefan, który się po chwili osunął na ziemię.
- Stefan! Nie, nie, nie! - Elena klęknęła obok  niego. Stefan lekko uśmiechając się zaczął przybierać kolor szarości. Kołek przebił jego serce. Dla wampira to oznaczało śmierć. Elena nie mogła powstrzymać łez, które leciały jedna za drugą. Damon powoli się podniósł nie odwracając wzroku od brata ani na chwilę. Złość w nim kipiała. Nie mógł uwierzyć w to co się działo. Tyle lat. Tyle złych wspomnień. Tyle cierpienia i wrogów. A teraz miałby więcej nie słyszeć moralnych gadek swojego brata. Nie słyszeć jaki brat jest idealny, a on wręcz przeciwnie. Zrobił krok w stronę czarownika, ale się zatrzymał. Stopą wyczuł sztylet, którym rzucił wcześniej w czarownika.
- Kto następny? - Kai szczerzył się jak psychopata. Podniósł rękę tym samym podnosząc Snow do góry.
- Mamo! - Alice nie miała siły by się ruszyć. Była całkiem wykończona byciem kontrolowaną. Will razem z Davidem próbowali się podnieść, ale zaklęcie uziemienia przez Kaia ciągle im to uniemożliwiało. Merlin próbował razem z Bonnie i Reginą przerwać zaklęcie Kaia. Jednak to nic nie dawało. Bonnie zauważyła dziwny przebłysk energii między posągiem, a Kaiem. Kiwnęła głową w tamtą stronę i dopiero po chwili Merlin z Reginą zauważyli to. Tym samym wiedzieli, że nie dadzą rady pokonać Kaia. Ten posąg dawał mu więcej energii niż oni mieli razem wzięci. Elena była zbyt pogrążona w smutku, by cokolwiek zauważyć. Alice nie spuszczała matki z oczu, jednak zerknęła po chwili na ojca, który głową razem z jej bratem wskazywali na czarownicę. Spojrzała na nią po chwili, a potem na posąg. Powoli ruszyła się w jego stronę, a Damon podniósł sztylet i kiwnął głową na ukochaną. Nie mogli popełnić kolejnego błędu. Nie mogli dopuścić by kolejna osoba zginęła.Słyszeli krzyki jej matki. Kai był rządny krwi i zemsty.
- Chyba kończymy tą zabawę. - wyszczerzył kły i ścisnął dłoń tym samym krzyki Snow się zdwoiły. Alice słysząc krzyk matki ze zdwojoną siłą ruszyła w kierunku posągu i go przewróciła. W tym samym czasie Damon wbił sztylet w plecy czarnoksiężnika, jednak nim to zrobił to nie słyszeli już krzyku Snow. Kai padł na ziemię nie robiąc żadnych ruchów. Nastała cisza. Alice stała nie mogąc się ruszyć. Patrzała na matkę, która leżała bez żadnego ruchu. Bała się do niej podejść. Bała się najgorszego. Widziała jak ojciec i brat klękają przy matce. Spojrzała na ukochanego, który patrzał na brata. Zauważyła przy ciele Kaia sztylet, którego potrzebowali do powrotu do domu. Myślała, że będzie się cieszyć z tego faktu. Jednak tak nie było. Nastała przerażająca cisza, w której słyszała tylko dźwięk swojego oddechu, szum liści i płacz swoich bliskich.





niedziela, 4 grudnia 2016

Rozdział 24

    

     Tym razem rozdział nieco krótszy i troszkę później niż zwykle. Trochę wena poszła w las, ale mam nadzieję, że się odkuje przy czytaniu książek etc. To do następnego. :)

         ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~





                                            Przed domem Salvatore



        Will i Damon stali czekając na czarownicę, która miała im pomóc w dostaniu się do domu i znalezieniu zaklęcia.  Obaj byli pełni zapału, żeby tego dokonać. Mijała już kolejna doba, od groźby Kaia. Nagle zobaczyli jak dołącza do nich mulatka. Widać było, że biegła tutaj całą drogę. 
- Co się stało? - Will od razu wyczuł nie bezpieczeństwo to samo zrobił Damon, który się rozglądał jednak niczego nie zauważył. 
- Jak będziecie dawać jemu to zaklęcie, to odbierzcie księgę. - spojrzała uważnie na obu przyjaciół - Jest mi potrzebna. 
- Do czego? - wampir chciał wiedzieć więcej, lecz mulatka tylko machnęła głową. 
- Możecie mi to obiecać czy nie?- spytała wciąż szybko łapiąc oddech.
- Obiecujemy - powiedział Will za ich oboje, dopiero jak mulatka chrząkneła to wampir z robił to samo.
- No w końcu, ile można na ciebie czekać? - mówiąc to Damon patrzał w kierunku z którego szła do nich Liv. 
- Wybacz, musiałam być pewna, że będzie jak najmniej ludzi w domu. - słychać było w jej glosie zaciętość - Chociaż wiem, że to będzie tragiczne w skutkach jak mój brat dostanie to zaklęcie. To wam pomagam, to mogę przynajmniej wymagać od was, żebyście mi pomogli, go zabić potem. 
- Zrobimy co się da. - powiedziała mulatka patrząc na nią porozumiewawczo. 
- Jasne, że zrobicie i polegniecie. - usłyszeli głos Kaia, który pojawił się znikąd. Trzymał na ramieniu jednego trupa, którego zrzucił na ziemię. - To jest jeden członek klanu siostrzyczko, a to - zdjął  maskę dla związanej wciąż żywej jednej osoby. Kobiety, która była w ciąży. Płakała i gdyby tylko mogła to by krzyczała. 
- Zwariowałeś, wypuść ją! - Liv chciała użyć zaklęcia jednak w tym momencie Kai przebił kobietę sztyletem. Jeden cios, który przeszedł przez brzuch. Następnie drugi szybki odcinający jej głowę. 
- To tylko ostrzeżenie. Żadnej litości. Tik Tok! Tik Tok! - uśmiechnął się szatańsko wyszczerzając swoje zęby i zniknął tak szybko jak się pojawił. 




                                     Ulice Nowego Orleanu


          Marcel szukał wzrokiem przyjaciółki. Jednak ta się starannie przed nim ukrywała. Po kilkunastu minutach szukania chciał się poddać. Jednak ją zauważył. Siedziała przy jednym z małych barków. Podszedł do niej szybko i bezszelestnie co wampiry potrafią najbardziej. 
- D. - usiadł obok niej i nie pozwolił wstać z krzesła - Nie chodzi o Klausa. Nie jemu pomóc. 
- To komu? - spytała zaintrygowana.
- Tam byli rodzice i przyjaciele pewnej dziewczyny. Jest pod władaniem bardzo silnego czarownika. Chcą ją ocalić. Zobacz przez co przeszli. - złapał ją za ręce - Dogadali się z samym Klausem, żeby ją z tego wyciągnąć. To samo robię ja. Gdybym się nie zgodził na propozycję Klausa, to bym nie mógł cię chronić. Oni chcą zrobić to samo. 
- Naprawdę tylko o to chodzi? - pokiwał głową, a ona wypuściła trzymane powietrze. - Dobrze pomogę im, ale dopiero jutro. Podczas pełni stworzę eliksir, który im pomoże. 
- Dziękuję ci, naprawdę. I przepraszam, za trzymanie cię pod kloszem. - przekręciła oczami. Miała do siebie żal, że przez głupią chwilę myślała, że może chcieć jej magii dla siebie.





                                            Dom Parkerów


   Liv szybko i zręcznie przeszukiwała półki i skrytki będące w pokoju ojca. Była pod ścianą. Wiedziała, że oddanie zaklęcia dla Kaia spowoduje duże zniszczenia. To nie mogło się skończyć dobrze dla nikogo, ale z drugiej strony chciała pomóc przyjaciołom. Straciła brata, wiedziała jak taka strata boli. Wiedziała, że to przez Kaia jej brat nie żyje, ale miała większy żal do ojca, który jak zawsze wybrał dobro ogółu zamiast swojej rodziny. Dokładnie tak samo jak z ich matką. Kochała go, ale nigdy nie zrozumie tego, że poświęci nawet rodzinę dla uwiezienia Kaia. Will i Damon byli pod oknem przy pokoju. Czekali na znak od czarownicy, że coś znalazła. Obaj byli poddenerwowani całą sytuacją. Czuli, że dzięki temu mogą być bliżej odzyskania Alice. Nagle poczuła pod palcami wypukłość będąca na ścianie. Ważna zasada, nigdy nie ukrywaj rzeczy ważnych w przedmiotach, które można przesunąć i podnieść. Rozejrzała się dookoła i walnęła łokciem w lekko wypukła część ściany. Kamyczki spadły na ziemię, a dym z kamieni uniemożliwił jej widzenie przez krotka chwile. Usłyszała dobiegające kroki, które się zbliżały w jej kierunku. Spojrzała w zrobiona przez siebie dziurę i wzięła kartkę z zaklęciem. Will, który razem z Damonem byli ukryci weszli lekko do pomieszczenia. Dała im szybko kartkę dokładnie w momencie, gdy jej ojciec wszedł do pokoju.
- Liv, co ty?! - spojrzał na córkę po czym na trzymającego w ręku zaklęcie Willa. Chciał rzucić zaklęcie, ale ona go wyprzedziła.
- Inpectos! - i zaraz po chwili Will razem z wampirem zniknęli. Liv patrzała na ojca przepraszająco, ale ten miał wypisany na twarzy zawód i przerażenie.
- To jest koniec, nasz i ludzkości. - pokręcił głową nie dowierzając i wyszedł z pomieszczenia zostawiając ją samą. Z poczuciem winy. Mogła teraz tylko jedynie zrobić wszystko by Kai nie narobił dużych szkód i jakoś odkręcić całą tą sytuację.






                                             Rezydencja Mikelsonów


   Bohaterowie siedzieli w jednym z większych pokoi czekając na czarownicę, która miała im pomóc. Snow z każdą chwilą coraz bardziej się denerwowała. Gdy tylko usłyszała otwierane drzwi to się poderwała na nogi, jakby miał ją ktoś zaatakować. Do środka weszła młoda dziewczyna, spojrzała na każdego.
- Przepraszam, za to na imprezie. Myślałam, że to ten wampir chce mnie wykorzystać do swoich celów. - usiadła na kanapie. 
- Rozumiem i to w sumie jest tak samo z nami...- zaczęła Snow jednak młoda czarownica jej przerwała.
- Nie jest to samo, jeśli się chce kogoś ratować. - uśmiechnęła się do niej - Podczas pełni, która będzie jutro, zrobię drugi eliksir. Dziś stworze jeden, jutro kolejny. Ten pierwszy, uświadomi waszą córkę i zniszczy wieź łączącą ją z tym czarownikiem.
- A drugi? - spytał Merlin przyglądając się jej uważnie. 
- Zabije waszego wroga. 
- Coś za łatwo poszło, jaki jest haczyk? - mruknęła Regina.
- Gdy jedna osoba spożyje eliksir, druga musi wypić go w przeciągu godziny. Inaczej osoba odcięta umrze.- Snow usiadła nie wytrzymując tego.
- A on będzie żyć prawda? - spytał David siadając obok  ukochanej. Davina pokiwała głową. Nie znała innego sposobu na tak silną wieź. Chciałaby inaczej im pomóc jednak to było nie możliwe.
    Klaus siedział w fotelu w głównym salonie i rozmyślał o wszystkim co usłyszał od Aurory. Nadal nie wierzył w to, że mogą mieć wspólne dziecko. Według niej ona będąc człowiekiem, została przeznaczona, żeby służyć diabłu. Miała go zabić i oddać jego duszę diabłu jednak się zakochała w pierwotnym. Zawarła pakt z diabłem o jego duszę i swoją własną. Miała oddać swoje dziecko. To przez niego stało się możliwe, żeby wampir mógł mieć dziecko. Klaus do tej pory uważał, że chciała go zabić i wykorzystywała jego i jego brata. Teraz im więcej myślał o tym co mu powiedziała, tym bardziej chciał wierzyć jej. Do salonu wszedł najstarszy z rodu i usiadł w fotelu obok. Nalał sobie alkoholu i spojrzał na brata. 
- Szukałem trochę o tym diable. Jest w paru wierzeniach, podaniach. Nazywa się Cade. Jest ziarno prawdy w tym co mówi Aurora. - upił łyk wciąż patrząc na brata.
- Nie powiedziała mi nic, bo ją oskarżyłem. - hybryda spojrzał w okno i zaczął stukać palcami w rytm deszczu.
- Jeśli to jest prawda, to nie jest twoją winą. Mogła powiedzieć prawdę, ale zastanawia mnie jedna rzecz, skąd wie że ona żyje i czemu tak długo zwlekała? - straszy spojrzał w oczy bratu. Obaj nad tą kwestią rozmyślali nieustannie.
- Chyba będzie lepiej jak się z nią spotkam. - mówiąc to Klaus wstał i ruszył przed siebie. Miał się spotkać z Aurorą i pomówić o tym co się wtedy wydarzyło. To że ma z nią dziecko stało się czymś absurdalnie niemożliwym, ale z drugiej strony coś nie pozwalało jemu tego zignorować.
    W ogrodzie rezydencji siedział Kol i rozmyślał o tym co się stało. Chciał odkręcić wszystko i wyjaśnić Davinie jak to było. Usłyszał nagle jej głos dochodzący z domu. Szybko wbiegł do środka i złapał ją za rękę, akurat w momencie jak wychodziła z drugiego pokoju. 
- Możemy pomówić? - spytał przyglądając się jej uważnie. 
- Właściwie, to muszę cie przeprosić. To nie była twoja wina, że Klaus wygrał, przecież nawet nic nie zrobili z tym faktem, gdzie się znajduję. 
- Myślałem, że jednak to zrobi - spojrzała na niego złowrogo - to nie ja, Hayley cie widziała. Pewnie jak się spotkałaś ze mną, ale to nie ja. Nie byłem w żadnym planie, żeby cie wykorzystać. 
- Wiem, ale muszę iść. Przygotować zaklęcie mam dzień na to, a trochę jest z tym roboty. - puściła jego rękę i zrobiła krok w tył jednak on znowu ją złapał. 
- To może ci pomogę? Chociaż się na tym wcale nie znam. - lekko się uśmiechnął, a ona pokiwała głową godząc się na to. 






                                  Skraj lasu - przed domem Kaia

   Will razem z Damonem szli w kierunku domu, w którym to ukrywał się Kai wraz z Alice. Wampir cały czas czuł, że coś się stanie złego. Nie mógł się pozbyć tego uczucia. Rozglądał się cały czas. Wiedział, że jego towarzysz liczy na niego. Był nie tylko bratem Alice, ale też stał się dla niego rodziną. Co było coraz normalniejszym uczuciem dla niego. Nie ukrywał przed nikim, że się troszczy o najbliższych choć nadal był uszczypliwy. Will za to miał nadzieję, że odzyska siostrę, chociaż wiedział, że to się szybko nie zdąży to jednak wciąż miał nadzieję.
- Co za niespodzianka. - usłyszeli głos Alice, a zaraz po chwili ją zobaczyli. Miała ubrania bardziej mroczniejsze tak samo jak makijaż.
- Alice... - szepnął jej brat w osłupieniu przyglądając jej się. Myśleli, że to Kai sam odbierze tą kartkę. Jednak się pomylili.
- Braciszku, może mnie przytulisz? - mówiąc to była bardzo podobna do siebie przed kontrolą Kaia. Podeszła do niego robiąc smutne oczy i powoli go przytuliła. Początkowo był zszokowany, ale już po chwili mocno ją do siebie przytulił. Czuł bicie jej serca i zapach perfum, które uwielbiała. Nagle zaczęła się śmiać, po woli odsunęła się od niego i wciąż się śmiała.
- Słodki mały braciszek. Pogodziła się z tym, że ja jestem taka, a nie delikatna wojownicza księżniczka. - Spojrzała na wampira i do niego podeszła - Tak samo ty kochany. Lubisz mrok, zabijać ludzi, wysysać krew. Możemy to razem robić. Przecież wiem, że bardzo kochasz być mrocznym wampirem.
- Owszem - zbliżyła swoją twarz do niego i już chciała go pocałować ale ją odsunął od siebie - ale ciebie kocham bardziej, dlatego wiem, że nie wybaczyła byś mi gdybym się poddał.
- Jesteś taki słodki, że aż mdły. - zaśmiała się robiąc trzy kroki w tył.
- Nie widzisz co on zrobił z tobą - brat chciał do niej dotrzeć jednak ta ciągle się uśmiechała. - Jesteś jego niewolnicą, nie możesz tak żyć! - ostatnie słowa Willa wprowadziły ją w osłupienie. Zamarła przypominając sobie pewne wydarzenie.


                                  Agrabah


  Alice sprzątała sale zbrojenną. Po ostatnich miesiącach wspólnych walk z ludźmi. Nie chciała zabijać, ale musiała robić to co Jafar jej kazał. Była e końcu jego dżinem. Nagle usłyszała jakiś szmery otwieranych drzwi. Skupiła się bardziej na pracy, myśląc że to jej właściciel. Spojrzała ukradkiem w stronę drzwi i zobaczyła Merlina.
- Co tu robisz? Jak Jafar cię zobaczy...- położył jej palec na ustach.
- Uwolnię cię stąd. - szepnął bardzo cicho patrząc w jej oczy.
- Nie dasz rady. Jest zbyt potężny.
- Wykupie cię, złożyłem mu propozycję.
- On mnie chce. - pokręciła głową - Nie zgodzi się na nic. Odwołaj to nim coś ci się stanie.
- Jesteś niewolnicą, Alice. Jesteś jego niewolnica, nie możesz tak żyć. - złapał ją za ramiona. Przez co czuła się znacznie lepiej, bezpieczniej.



                           Teraźniejszość

  Nagle się wybudziła z tych wspomnień i spojrzała na brata po czym na wampira, którzy się jej dokładnie przyglądali.
- Dobrze się czujesz? - brat zrobił krok w przód jednak ona zrobiła dwa w tył.
- Wspaniale, a teraz dawać to czego chce Kai. - mówiła to przez zaciśnięte zęby. Damon zerknął na Willa i kiwnął głową. Will zrobił krok w przód powoli i wyciągnął kartkę z zaklęciem. Wzięła je spoglądając uważnie na nich obu. Potem jej wzrok utkwił w zaklęciu.
- Zabierzcie je. - oddala kartkę dla Willa. Obaj byli zaskoczeni.
- Alice? - brat złapał ją za rękę.
- Nie wiem na jak długo mam kontrolę nad umysłem, więc lepiej to zabierzcie. - Spojrzała na Damona. - Przepraszam was obu, naprawdę.
- Przecież to nie twoja wina. - zaczął wampir ciesząc się ze ją słyszy.
- Ja nie tylko o tym. Zabierz rodziców, zaklęcie, nie oddawaj go. - mówiła do brata robiąc krok w tył.
- Nie zostawimy cię...
- Musicie. On mnie zabije, moje serce ma wystarczającą magię by zrobić portal. - słysząc to Will chciał się z nią kłócić jednak nie dała mu dojść do głosu. - Nie chce by przeze mnie zginęło więcej ...- nagle urwała i zamarła na krótką chwilę.
- No proszę kogo my tu mamy. - odwiercili się i zobaczyli Kaia z psychopatycznym uśmiechem, który zaczął iść w ich stronę. - Przynieśli prezent. - mówiąc to Alice podeszła do niego. Znowu była pod jego wpływem. Chociaż oboje wiedzieli, że to się stanie to jednak nie przypuszczali, że tak szybko.
- No to gdzie ten mój prezent? - lekko się uśmiechnął do gości. Will zanim oddał mu zaklęcie to spojrzał na siostrę. Nie chciała tego. Jednak i tak nie mieli szans uciec z zaklęciem przed Kaiem. 
- Chcemy księgę dostać i tak jej nie potrzebujesz. - wampir zatrzymał  Willa przed oddaniem zaklęcia. Obiecali dla Bonnie, że odzyskają księgę. Mógł choć tyle dobrego zrobić. Kai spojrzał na nich uważnie, jednak kiwnął powalająco głową na Alice, która zniknęła szybko. Nim się spostrzegli to już była z powrotem. Podeszła do wampira i podała mu księgę zabierając tym samym zaklęcie od brata. Will chciał ją bardzo zatrzymać, jednak ona nie była sobą. Wciąż była pod kontrolą czarownika. Puściła jego rękę i zniknęła razem z Kaiem. 
   
    Po kilkunastu minutach Kai siedział nad zaklęciem i wymawiał je po cichu. Alice leżała i przyglądała mu się uważnie. Wciąż prężąc ciało niczym kotka.
- Możesz przez jakiś czas się nie ruszać. - mówiąc to odwrócił się do niej.
- Przecież nic nie robię. - wstała zgrabnie i podeszła do niego uwodząc go wzrokiem. - To nie jest nic. - mruknął gdy usiadła mu na kolanach.
- Nic nie poradzę, że kusi mnie to całe zło w tobie. - pocałowała go delikatnie i wstała dając mu dokończyć zaklęcie. Pierścień na jego ręce zaczął się świecić i przygasł, gdy skończył je wymawiać.
- To teraz czas na polowanie. - wyszczerzył do niej swoje zęby i spojrzał w jeden kąt pokoju gdzie znajdowały się drzwi które stały same bez żadnej ściany - a za jakiś czas będę mógł otworzyć te drzwi. Wtedy stanę się najbardziej potężniejszą osobą na tym i innym świecie.





                                     Pokój na skraju lasu
             
    

     Kai wszedł pewnym krokiem do domu. Czuł, że wszyscy wiedzą o jego obecności w domu. Nagle zobaczył pędzącą w jego stronę strużkę mocy. Zręcznie się uchylił i wyciągnął rękę z pierścieniem przed siebie. Pierścień wciągnął  całą moc atakującego go czarownika. Podszedł do niego, gdy ten był ledwo żywy. 
- Teraz nie ma litości. - skierował słowa do swojej ofiary, po czym zadawał mocą silne ciosy, które doprowadzały do powolnej agonii. Krew wypływała z jego ust, a jego oczy wyrażały przerażenie. Wciąż był przytomny, aż do swojej ostatniej chwili. Kai powoli podniósł głowę i się uśmiechnął szeroko. W jego stronę szedł cały klan na czele z ojcem. Alice atakowała osoby dobiegające do nich z drugiej strony. Zabijała każdego, nie patrząc na to kim jest. Przez to czuła jak się staje coraz bardziej potężniejsza. Mrok ją wciągał coraz głębiej i głębiej. Nie widziała odwrotu z tej ścieżki. Chciała tylko być w tym mroku i chłonąć go garściami. 
    Czarownik z każdą chwilą zabijał, a co za tym idzie stawał się coraz bardziej silniejszy. Całe jego ciało było pokryte krwią klanu. Każdej osobie sprawiał nie wyobrażalny ból. Odrywał głowy, wysuszał ciała, sprawiał  by ich wnętrzności wypływały jeszcze za ich życia. Dom wyglądał jak po najeździe armii. Wszystko skroplone krwią. 
- I zostałeś tylko ty. - Kai patrzał na swojego ojca, który był gotowy do walki - tylko ty z całego tego szajsu. A i Liv oczywiście. Ją oszczędzę. Jestem psychopatą, ale mam serce, jednak. - zaśmiał się i rozłożył ręce. Rozejrzał się po całym domu.
- Zostaniesz pokonany i odesłany tam gdzie twoje miejsce! - jego ojciec zrobił krok w jego kierunku. -Invi...! - nie zdążył wypowiedzieć zaklęcia. Jego żyły zaczęły płonąć od środka. Nie mógł oddychać, złapał się za szyję. Upadł pociągając za sobą zasłonę. Kai do niego podszedł. Patrzył jak jego ojciec umiera i się lekko uśmiechnął. To był ostatni widok jego ojca jaki zobaczył przed śmiercią. 

        Zobaczyła kobietę stojącą przy małym łóżeczku. Bez zastanowienia ją zabiła odcinając jej głowę. Ciało opadło bezwiednie. Nagle usłyszała płacz, odwróciła głowę i spojrzała na małe łóżeczko, w którym znajdowało się dziecko. Miało na oko dwa latka. Podniosła je na ręce i zaczęła bujać żeby przestało płakać. Spojrzała na kocyk, który nagle zaczął się unosić. Złapała go i przeczytała przyszyte imię ANGEL.
- Tak masz na imię? - dziewczynka się uśmiechnęła. Usłyszała, że Kai się zbliża. Szybko otworzyła szafę i posadziła małą na kupce ubrań.
- Bądź grzeczna i bądź cicho. - pocałowała ją w główkę i zamknęła drzwi. W samą porę, akurat w momencie gdy Kai wszedł.
- Widzę, że się dobrze bawiłaś. - uśmiechał się widząc to ilu ludzi zabiła - Ja też się ubawiłem, jednak jeszcze trochę potrzebuje mocy. - spojrzał na świecący się pierścień.
- Mogę trochę pozabijać? - zrobiła szatańską minę. Ten tylko odwzajemnił się tym samym. Po kilku minutach była pod domem Salvatore. Spojrzała przez okno i dostrzegła swojego brata, który rozmawia z Damonem a nawet z Hookiem.
- Ciiii malutka - zaczęła bujać dziecko na rękach - tu będziesz bezpieczna. -  ułożyła dziecko pod drzwiami i ją pocałowała w czoło. Spojrzała ostatni raz i zadzwoniła do drzwi, po czym szybko uciekła.




poniedziałek, 21 listopada 2016

Rozdział 23




  Witajcie o to kolejny rozdział, Przepraszam za opóźnienie spowodowane problemami zdrowotnymi. Mam nadzieję,że jednak ktoś to przeczyta. Kolejny już za tydzień 4/12/2016. ;)

                          ```````````````````````````````````````



                            Poddasze kościoła



  Davina siedziała na łóżku i rozmyślała o pierwotnym. Z jednej strony zaczęła mu ufać, jednak z drugiej była przerażona, tym co Marcel jej powiedział. Że gdy tylko pierwotni dowiedzą się prawdy o jej mocy to zechcą ją wykorzystać to swoich celów. Jednak gdy zaczęła wmawiać sobie, że więcej się nie zobaczy z Kolem to jednak szybko zmieniała zdanie. Miała dość siedzenia pod kloszem. Czuła się zagubiona i rozdarta, nie była już pewna czy Marcel ją tutaj trzyma z troski czy może z własnych celów by mieć jej moc na wyłączność. Usłyszała skrzypnięcie drzwi po czym zobaczyła jak Marcel lekko wystawia głowę poza drzwi.
- Hej D. - wszedł po chwili i usiadł na skraju łóżka - Co się dzieje?
- Nic. - lekko się uśmiechnęła starając się ukryć swoje zmartwienia.
- Przecież widzę. - złapał ją za rękę, a ona tylko pokręciła głową.
- Mam dość siedzenia tutaj! - puściła jego rękę i wstała nagle z łóżka. - To jest jak więzienie! Nie mogę spędzić tutaj całego swojego życia, wiem, że będą chcieli mnie wykorzystać, ale to moje życie Marcel. - podeszła do niego - Chce stąd wyjść.
- Wiem D, wiem. Wyjdziesz, ale jeszcze nie teraz. - chciała już zaprotestować, ale nie dał jej dość do głosu - Klaus chce wyłącznej władzy tutaj, obiecuje, że jak tylko się jego pozbędę to wyjdziesz.
- Naprawdę? - nie tego oczekiwała, ale poczuła, że ją strzeże. Jak mogła myśleć, że chce jej mocy. Przecież to dzięki niemu wciąż żyje.
- Obiecuje. - złapał ją za ramiona i przytulił mocno do siebie. - Ale się nie wymykaj.
- Co? - odsunęła się nagle czując się przyłapana.
- Nie chce, żebyś się szwendała sama po mieście. Jeszcze nie teraz. - uspokoiła się lekko, jednak nie wiedział o jej wyprawach.
- Dobrze. - zgodziła się chociaż chciała, znowu zobaczyć Kola. Jednak tego dnia chciała dotrzymać obietnicy. Położyła się w łóżku, jak tylko Marcel wyszedł. Myślała o tym co jeszcze jej powiedział, pierwotni chcą kontroli nad miastem. Zaczęła myśleć, dlaczego Kol właśnie się zaczął z nią zadawać. Czy ma czyste intencje czy działa tak bo chce rodzina. Po dobrych kilkunastu minutach rozmyślania o tym odplynela w sen.





                             Dom Bonnie


  Caroline siedzi skupiona razem z czarownią i przeglądają księgi z urokami. Co jakiś czas blondynka zerka na przyjaciółkę, która było widać, że jest bardzo zdeterminowana by coś znaleźć. Jednak to były pozory, czarownica owszem chciała bardzo znaleźć zaklęcie, ale była już zmęczona siedzeniem nad ksiegami i czytaniem dokładnie każdej klątwy. Każdej, która jak się okazywało nie pasowała do ich szukanej klątwy. 
- Może zrobię kakao? - spytała w końcu blondynka zamykając kolejną księgę. Czarnowica tylko kiwnela głową, a na jej twarzy poglebil się smutek. - Hej, damy radę. Bo nie my to kto. - przytulila czarownice, która słysząc to się zasmiala.
- Dzięki, że tu ze mną siedzisz. - spojrzaly na siebie. 
- Od tego ma się przyjaciół. Dobra idę po te kakao bo serio mi się zachciało czegoś do picia. A alkoholu nie masz prawda? - spytała, jednak nie czekała na odpowiedź. Wyszła do kuchni w podskokach. Spędziły tak trzy kolejne godziny. Caroline już powoli przysypiała nad kolejnymi zakleciami. Kakao się dało we znaki. Zawsze po nim czuła się senna. Powieki jej się powoli zamykaly kątem oka widziała jak Bonnie nadal czyta księgę.
- Mam!!!- krzyknęła mulatka tak głośno, że blondynka budząc się straciła kubek z kakao, który wylądował na dywanie. 
- Co jak ?Bomba? - dopiero po chwili była całkiem świadoma tego co się dzieje.
- Nie, ale prawie. - zasmiala się mulatka - To jest ten urok. Dokładnie ten. 
- Pasuje. - blondynka się przyjrzala uważnie, zakleciu. - Ale brakuje, tego jak to odwrócić. Co to znaczy? - wskazała na słowa będące na końcu strony, które były zapisane w łacinie.
- Że zaklęcie odwracajace znajduje się w księdze którą była w rodzinie Kaia. - spojrzaly po sobie. Myśląc o Kaiu, który chciał dokładnie tą księgę, którą ukrył jego ojciec. 




                                  Statek pirata


  Siedział na statku i rozmyślał nad wszystkim. Martwił się trochę o Alice, nie odzywa się już dość długo. Wyjął telefon z kieszeni i wybrał numer dziewczyny. Jednak włączyła się poczta. Miał nadzieję, że tylko potrzebuje chwili czasu, samotności by przetrawić to co się stało. Schował telefon z powrotem i upił kolejny łyk alkoholu. Byli już jakiś czas w tym świecie. Muszą jakoś dać sobie radę z powrotem do domu. Odzyskać Alice. Nagle zadzwonił jego telefon, odebrał go szybko nie patrząc kto to.
- Alice, jesteś cała? - spytał od razu nie dając szans na jakiekolwiek przywitanie.
- Czemu miała by nie być? - głos nie należał do Alice tylko do Reginy.
- To ty.
- A to znaczy, że jednak żartowałeś z tym, że chcesz ...- zaczęła, ale on od razu jej przerwał.
- Nie żartowałem. Tylko martwię się o Alice. Dotarło do niej, że Kai jest zły i że stała się bestią. Od tamtej pory się nie odzywa.
- Pewnie chce samotności przez jakiś czas, ale lepiej niczego nie lekceważyć. - słyszał jej spokojny głos i zaczął wyobrażać sobie jak siedzi razem z nim.
- Mam nadzieję. A jak tam z tymi pierwotnymi wampirami? - czuł nie pokój związany z tym. Napełnił po raz kolejny swoją szklankę. Słyszał szmery czyjejś rozmowy. Wyłapał głos Snow, która zapewne dopytywała się o Alice.
- Wiesz, podobno nie można im ufać. Ale wyboru zbytnio nie mamy. Jest jedna czarownica, która może pomóc. Jednak trochę sprawa jest pogmatwana, więc to trochę zajmie.
- Rozumiem, kłamałaś Snow o Alice prawda ?- spytał ją czując to co powiedziała im Regina. Gdyby Snow wiedziała to by dawno zabrała telefon dla Reginy.
- Tak. Inaczej się nie da. - słyszał jak wchodzi gdzieś po schodach, po czym zamyka drzwi. - Naprawdę nie kłamałeś?
- Nie i nie zmieniłem zdania, Regino. Nadal chce spróbować. A ty co o tym myślisz?
- Ja ...naprawdę nie wiem...- usłyszał skrzypniecie łóżka - sądziłam ,że to tylko pijackie gadanie. Szczerze, chciałam usłyszeć twój głos. 
- Naprawdę? - jego usta przybrały wyraz zadowolenia. 
- Nie powtórzę tego. - czuł jak się śmieje pod nosem. - Muszę kończyć, przypilnuj Alice i Willa, bo Snow mi tu robi histerię. 
- Spróbuję. - rozlaczyla się, więc włożył telefon do kieszeni i skończył pić alkohol. Jednak po chwili zadzwonił do Willa, by powiedzieć, że Alice prawdopodobnie została uświadomiona w całej sprawie z Kaiem. Uprzedził, że pewnie ma wyrzuty sumienia przez Luka. Rozlaczyl się i spojrzał w niebo. Brakowało mu Alice, tej Alice która za każdy podryw strzela mu w tyłek byle by się odwalił. Tej która pływała z nim po morzach i ocenach w poszukiwaniu przygód. 




                          Miejsce między uliczkami


  Stał i co jakiś czas patrzył na zegarek. Kolejny dzień, ta sama godzina, a jej nie ma. Nie wiedział gdzie jej szukać. Rozglądał się dookoła, lecz jej dalej nie zauważył. Wściekał się sam na siebie, że nie spytał Hayley gdzie widziała małą czarownicę. Ciągle miał nadzieję, że ją zobaczy. Chciał ją ostrzec przed swoją rodziną, dokonał wyboru. Ona. Wybrał ją zamiast rodziny. Nie czuł się winny tego wyboru. Klaus sam wiele razy dokonał podobnego wyboru, mając za nic rodzinę. Ona była nie winną częścią walki o władzę w mieście i to było kompletnie nie fair. Nie mógł jej ostrzec, chociaż w sumie bracia nie wspominali o tym by ją pojmac czy coś w tym guście. Zrezygnowany wrócił powolnym krokiem do domu. 







                                     Dom pierwotnych



  Snow razem z Davidem stali w jednym z pokojów i cicho rozmawiali. Snow cały czas nie mogła się przestać martwić o dzieci i dopytywała co chwilę Regine o stan w Mystic Falls. Sama by zadzwoniła, ale zabrali jej telefon by się nie denerwowała. Kolejny dzień u wampirów, rozpoczynał się powoli i nudnie. Chociaż czuć było, że ten dzień nie będzie należał do spokojnych. Wiedzieli, że szykuje się walka. Nie byli tylko pewni czy rzeczywiście wampiry pomogą im w odzyskaniu córki.
- Musze usłyszeć jej... - podeszła do okna i przez nie wyjrzała.
- Snow...- książę przytulił ją mocno.
- Wiem, wiem, że nie powie mi nic dobrego, ale chce usłyszeć jej śmiech, jej głos.
- Odzyskamy ją. Przecież zawsze kończyło się dobrze...
- A potem zawsze coś się kończyło źle. - przerwała mu - Jak nie klątwa z Emmą to z Alice i Willem, Sharon, teraz jeszcze ktoś opętał naszą córkę. To się nie skończy. Kto wie co teraz się dzieje w naszym świecie i Storybroke.
- Snow..- obrócił ją przodem do siebie - jesteśmy razem, damy sobie rade ze wszystkim.  - pocałował ją po czym znowu przytulił. Tak bardzo chcieli wrócić już szczęśliwie do domu, całą rodziną. Snow jednak wewnętrznie nadal czuła nie pokój, wiedziała, że nie będzie prosto odzyskać rodzinę, ale wiedziała jedno, że zrobi wszystko by do tego doszło.
  W drugim pokoju czarownik siedział przy biurku i starał się zrobić kilka magicznych zaklęć na broń swoich przyjaciół. Jednak co jakiś czas wkradał mu się w myśl, ,mała czarownica. Pokręcił głową  i skończył robienie zaklęć. Odłożył sztylety i mecz na bok. Czuł, że zrobił właściwą rzecz dla niej. Nie chce jej skrzywdzić tak jak Sharon. To była jego wina, że tak to się stało. Jego i tej klątwy ciążącej na nim. Przez to stał się zamknięty w sobie. Przestał  dbać o ludzi, stał się samotnym i siejącym postrach potężnym czarownikiem. Gdyby nie Alice to by nadal taki był. To był dług wdzięczności, którego czul ze nigdy nie spłaci. Musi teraz ją odzyskać. Kolejny raz.


                                   Agrabah




  
  Szedł drogą w kierunku pałacu, w którym miał zrobić interes z władcą. By zdobyć to co ma władca. Potrzebował jednej z ksiąg z jego biblioteki, dlatego w zamian przyszykował w zanadrzu kilka cennych rzeczy, które miał nadzieję dadzą mu to co chce. Gdy wszedł do pałacu to ciągle był obserwowany przez strażników. Wszedł do głównej sali i zobaczył scenę, gdy władca uderza młoda kobietę w twarz. Ona spojrzała na niego lekko zaszkolnymi oczami. Władca też na niego spojrzał. Potem znowu zerknal na dziewczynę. 
- Zaproponuj coś do picia i bądź miła. - szepnal do niej wrogo. Ona tylko się uklonila i podeszła do przybysza. 
- Co podać? - niepatrzyla mu w oczy, robiła tak jak ją nauczył jej władca. 
- Woda wystarczy. - był lekko zaklopotany tym wszystkim. Wiedział, że bogacze mają służących, ale to było dla niego złe. Czuł jej cierpienie. Nagle w jej dłoniach pojawił się kubek z wodą którą mu podała i się uklonila odchodząc. Wiedział teraz, że nie jest zwykłą służącą, była dżinem. 
- Możesz odejść, Alice. - Władca klasnął w dłonie i dziewczyna zniknęła w lampkę, która leżała tuż przy tronie. 
- Kim jesteś przybyszu? Czego oczekujesz od wielkiego Jafara? 
- Wasza Wysokość, jestem Merlin - podszedł i się uklonił - Chciałbym dokonać wymiany. 



  Z myśli wyrwało go pukanie do drzwi. Szybko zebrał broń z biurka i zszedł na dół gdzie wszyscy na niego czekali. Dyskutowali jeden przez drugiego, aż w końcu usłyszeli głośny gwizd. Spojrzeli się w stronę blondynki, która skupiła na sobie uwagę wszystkich zebranych.
- Dziękuje, a teraz - spojrzała na nowych znajomych - musicie wiedzieć kilka rzeczy o wampirach, chyba, że już wiecie?
- Trochę tak. - zabrał głos książę patrząc prosto w oczy blondynki - Można zabić je przez wbicie kołka w serce bądź przez wyrwanie głowy czy serca.
- Zgadza się, a werbena je osłabi. - potwierdziła Bex. - Więc ta wasza magia, jest tylko dodatkiem, no oprócz tego tutaj. - spojrzała wymownie na Merlina i zatrzepotała rzęsami. Jednak on stał nie wzruszony próbą podrywu.
- Masz racje, że ją ignorujesz. Już cię lubię. - powiedział Nick pijąc dalej alkohol, jednak o mało się nie zadławił gdy dostał w bok od swojej siostry za tą uwagę.
- Dobra, wy się zajmujecie odrzucaniem tych wszystkich wampirów..- zaczął najstarszy patrząc na nowych znajomych.
- Jak to odrzucaniem?- Klaus już przewrócił oczami słysząc ten cudowny plan.
- Tak będzie lepiej, jak ich nie zabijemy. Zabicie tylko w ostateczności. - powiedział starszy dobitnie, żeby nikt się z nim nie kłócił - A my się zajmiemy Marcelem. - Klaus nie tego oczekiwał, ale po chwili jednak miał to gdzieś. Wystarczy mu, że odzyska władzę. Wrócił po tylu latach do domu. Miasta, które na zawsze zostanie jego domem. Jednak w głowie, ciągle miał myśli na temat Marcela. Nie mógł pozbyć się myśli, że go zostawił, zostawił członka rodziny.

       Już po kilku minutach byli przy posiadłości Marcela. Hybryda czuł w sobie uczucie zwycięstwa, jeszcze zanim zaczęli walczyć. Czuł, że tego dnia zmieni się wszystko. Odzyska to co zostało mu zabrane.  Szedł pewnym krokiem w stronę stojącego Marcela. Kątem oka zauważył idących coraz szybciej w jego stronę wampirów, które po chwili zostały wystrzelone w powietrze przez czarownika i Reginę. Dokładnie tak jak planowali. Szedł coraz szybciej do Marcela, przez roztapiające się morze wampirów. Marcel dłużej nie zwlekając zszedł na dół. Uskoczył przed atakiem pierwotnego i zaatakował go. Szarpali się tak dobrych kilka chwil. Zmieniając co jakiś czas pozycje wygranego do przegranego i na odwrót.
- Może w końcu się poddasz? - spytał pierwotny patrząc jak jego wróg się podnosi po raz kolejny. Strużka krwi leciała z jego warg.
- Niestety nauczyłeś mnie, żeby nigdy się nie poddawać. - warknął i zaatakował kolejny raz, tym razem sprawiając, że to pierwotny poleciał na stół. Sprawiając tym samym, że wszystko zleciało z niego za jednym razem. Regina razem z Merlinem walczyli i ogłuszali wampiry, z każdą chwilą wydawało się, że robi się ich coraz więcej. Zmieniali się stronami, osłaniali siebie nawzajem. Snow i David atakowali wampiry bronią, która miała w sobie zaklętą werbenę. Robili tak jak chciał najstarszy pierwotny. Starali się nikogo nie zabić, tylko ich unieszkodliwić. Myśleli tylko o swojej córce, która potrzebowała ich pomocy. Dzięki temu nie pozwolili sobie na żadnej najmniejszy błąd w walce. Nagle nie wiedząc czemu wampiry przestały atakować i stały niczym zombie, zawieszone. Bohaterowie spojrzeli w stronę, w którą się patrzała większość wampirów. Marcel klęczał pokonany i nie atakował więcej. Klaus tylko stał nie ruchomo i na niego patrzał z wyższością. 





                                        Ulice Mystic Falls

  Damon i Will siedzieli w salonie, jednak żaden z nich się nie odzywał. Kazdy był zanurzony w swoich myślach. Jednak dalsze rozmyślania zostały przerwane przez pukanie w drzwi. Damon podniósł się lecz po chwili już do salonu weszła Liv i Tyler mieli właśnie zacząć rozmawiać na temat Kaia, jednak uniemozliwilo im to stukanie obcasów, które się zbliżało. Do salonu weszła Alice. Damon przez chwilę myślał ,że wróciła na dobre. Jednak gdy zobaczył jej uśmiech od razu wiedział, że nadal jest pod władaniem Kaia. 
- Cześć kochanie. - mówiąc to podeszła do spietego Damona. Gdy chciała go pocałować ten się lekko odchylił. - Szkoda. Wyglądasz apetycznie.
- Co chce mój brat? - jej uwagę przykula Liv.
- Jednej bardzo ważnej rzeczy. - podeszła do niej - Ale najpierw, może chcesz się przywitać z kimś. - do salonu wszedł Luke. Liv zakryla rękoma usta jak go zobaczyła. 
- Luke? - jedynie to jej udało się powiedzieć.
- Spokojnie, on nic nie czuje, więc się nie ekscytuj. - mówiąc to Alice podeszła do Luka i go poglaskala po głowie. - Może sprawdzimy to. - Alice juz chciała coś mu zrobić
- Tylko go tknij! - Liv wysunęła się do przodu chcąc bronić brata. Nawet jeśli był martwy. Alice kiwnela głową i już się szykowała do walki z nią . Nie czuła niczego oprócz chęci zabijania i sluzeniu swojemu władcy. Jednak nim ktokolwiek zdążył ruszyć do ataku, to było słychać czyjeś klaskanie. Do salonu wszedł Kai, do którego od razu podbiegla Alice.
- Jesteś świetna, moja mała. - powiedział do niej po czym spojrzał na resztę zgromadzonych osób.- Chcecie odzyskać ją prawda?Po co się pytam jasne, że chcecie. Potrzebna mi księga, a raczej kartka, którą ukrył nasz tatus. - spojrzał na Liv, która co jakiś czas patrzala się na Luka. 
- Skoro ukrył to znaczy, że nie jest dla ciebie. - powiedziała robiąc krok w jego stronę.
- Dobrze to inaczej. - powiedział z uśmiechem i w jednej chwili Alice została przebita sztyletem obok serca. Poleciała struzka krwi, która zaczęła plamic koszulkę. Damon chciał jej to wyjąć jednak Kai uniemożliwił im podejście do niej. 
- Nie tak prędko.Albo dostanę tą kartkę, albo będzie z nią koniec. 
- kantujesz. Potrzebujesz jej, więc jej nie zabijesz. - Liv była pewna swego, czego nie byli pewni Will i Damon. Byli przerażeni, czyli jakby mogli ją stracić na zawsze. 
- Nie kantuje. Potem ją sobie ozywie, ale będzie taka jak Luke. Mimo, że ją kontroluje to Alice, wasza Alice wciąż tam gdzieś jest. - podszedł do niej i wyciągnął sztylet. Oblizał krew z niego i się usmiechnął szatansko. 
- To jak będzie? Zrobicie to co chce? - spytał kolejny raz i spojrzał na Damona i Willa, na których zrobiło to największe wrażenie. 
- Zgoda. - powiedział Salvatore, patrząc srogo na buntujacą się mimo wszystko Liv. - Damy ci tą kartkę, a ty...
- Ja w zamian, nie zabije jej. - wciął mu się w zdanie. To nie było to czego chcieli, ale ważne ,że ona wciąż będzie żyć.
- Alice wiem, że mnie slyszysz. - zaczął Damon podchodzac bliżej - Odzyskamy cię. Obiecuję. 
 Kai słysząc to się zasmial głośno i jednym ruchem sprawił, że zniknęli. Will nie mógł wytrzymać tego co się działo, wyszedł szybkim krokiem z domu. Wszedł do ogrodu i od razu swoje kroki skierował w stronę wiszącego worka bokserskiego.Był wewnętrznie rozbity i wściekły. Zaczął uderzać raz po raz w worek, aż wyłądował na nim swoją złość. 
- Damy radę Will. - usłyszał za sobą głos Salvatore. - Przekonałem o tym tą czarownice. Najpierw uratujemy ją przed śmiercią, a potem z rąk Kaia. - chłopak odwrócił się do wampira i spojrzał na niego smutno.
- Kolejny raz, nie mogę jej ochronić. To samo było w krainie czarów. Nigdy nie powiedziała o tym co tam się stało, była nie ufna. Boję się, że to może jeszcze gorzej na nią wpłynąć. I zmienić się calkiem, no o ile ją odzyskamy. - usiadł na krześle. Czuł się kompletnie bez silny. 
- Twoi rodzice się nie poddadzą, my też nie. Jestem wampirem, nie poddam się nigdy dopóki żyje - wampir się przysiadl do niego. 
- Naprawdę ?- wampir lekko się uśmiechał - Jesteś najlepszym chłopakiem dla mojej siostry. 
- To już mam akceptację twoją i waszego ojca, jeszcze potrzebuje dobrej opinii waszej matki i będziemy szczęśliwa rodzinką. - na to zdanie Will się zaśmiał lekko. 
- Dzięki, że nie zostawiles mnie z tym. 
- Żartujesz? Nie zostawił bym nigdy. Ona potrafi każdego zmienić. - Will czuł się znacznie lepiej niż ostatnio. Rozmawiał, jeszcze tak przez kilkanaście minut z wampirem. Czuł jakby zyskał w nim brata. Nie był zbyt idealny, ale ważne, że troszczył się o jego siostrę, a także nawet o niego. 
  






                                     Podwórze posiadłości Marcela
        

    Klaus podszedł do klęczącego, pokonanego Marcela. Wyciągnął do niego rękę i czekał aż ten ją złapie. Marcel przez chwilę się zastanawiał co ma zrobić. Jednak po chwili przyjął rękę rywala i wstał. Patrzeli sobie twardo w oczy.
- Nie chcę, z tobą walczyć. Chcę żebyś stanął u mojego boku.
- Mamy razem rządzić miastem? Dlaczego? - czarnoskóry nie był przekonany do tego sojuszu.
- Niedawno zostałem uświadomiony, że cię porzuciłem, a byłeś i nadal jesteś dla mnie jak syn. - Marcel nadal nie dowierzał w to co słyszy, ale uśmiechnął się i uścisnął się z Klausem. 

  Siedzą na wspólnie wyprawionym przyjęciu. Marcel powolnym krokiem podszedł do Rebecki. Jednak ta go chciała wyminąć. Złapał ją za rękę, sprawiając tym samym by na niego spojrzała. 
- Nie mamy o czym gadać. - szybko mu przerwała nim jeszcze zdążył cokolowiek powiedzieć.
- Mamy pokój możemy my też...- zaczął lecz ta wyrwala mu rękę.
- Po tym jak wybrałeś znowu coś innego zamiast mnie? - spytała z ironią i odeszła dalej od niego. Zaczęła rozmawiać z jakąś przypadkowa wampirzycą byle by nie myśleć o nim. 
- Przejdzie jej, kiedyś. - mówiąc to pierwotny podszedł do Marcela. Ten tylko kiwnal głową, ale nie miał tyle pewności co Klaus. 
- Wiem o czarownicy. - pierwotny spojrzał czarnoskoremu w oczy - Nie chce jej krzywdzic ani nic. Spokojnie. Widzisz tą dwójkę? - wskazał palcem na Snow i Davida - Ich córka jest pod wladaniem jednego gościa. Są bardzo zdeterminowani by ją chronić. Obiecałem im, że gdy tylko wygram to ta twoja czarownica im pomoże.
- Zaraz, bo nie wierzę. Ty chcesz komuś pomóc? - czarnoskóry kręcił głową i się śmiał. 
- Słuchając ich, jak bardzo dbają o swoje dzieci, przypomniało mi się, że taka sama mnie łączyła więź z tobą. Więź którą chce odbudować. Mogę liczyć na pomoc? - czarnoskory spojrzał znowu w stronę bohaterów, którzy widać było, że nie są aż tak szczęśliwi jak reszta. 
- Porozmawiam z nią. - powiedział na odchodnym i ruszył w stronę miejsca gdzie znajdowała się czarownica. Jednak nim zdążył zrobić parę kroków to zobaczył jak ona wchodzi na dziedziniec. Spojrzała na Marcela po czym na idącego w jej stronę Kola. Jednak pierwszy dotarł do niej Marcel. 
- D wiem, że to nie jest perfekcyjnie, ale mamy pokój i to chyba jest ważne. - Spojrzała na Klausa. Po czym znowu na Marcela. 
- Rozumiem. - odpowiedziała krótko.
- Jednak mam prośbę do ciebie, możesz swoją mocą pomóc... 
- Nie pomogę mu w niczym ! - krzyknęła wyrywajac ręce z uścisku czarnoskorego. Spojrzała gniewnie na pierwotnego.
- D. ! - oczy wszystkich zgromadzonych powedrowaly w stronę rozgrywajacej się sceny. 
- Nie będę tego słuchać! - magią, sprawiła, że Klaus upadł z bólu i uciekła nim zdążył jej powiedzieć o co chodzi. Snow czuła się jakby zabrano jej ostatnią nadzieję. Uscisnela mocno męża za rękę. 
- Porozmawiam z nią na spokojnie. - zwrócił się do nich Marcel, na co książę tylko kiwnal głową. Marcel wyszedł z przyjęcia i szedł ulicami miasta by znaleźć swoją podopieczną.
Nick wszedł na górę by móc w ciszy cieszyć się wygraną. Jednak gdy tylko wszedł na górę zobaczył kogoś kogo myślał, że już nie zobaczy. 
- Aurora? - podeszła do niego. 
- Potrzebuje twojej pomocy. Chodzi o naszą córkę. - ostatnie słowa wprawily go w osłupienie. To było coś nie dorzecznego. Śmiał się jednak po chwili przestał, gdy widział determinację na twarzy swojej rozmowczyni.
- Wampiry nie mogą... - zaczął.
- Jest, a raczej była jedna klauzura Nick. - przerwała mu. - Nigdy ci potem tego nie mówiłam, nie szukałam, bo po porodzie została mi odebrana. Teraz wiem, gdzie ją znaleźć. Proszę, musisz pomóc naszej córce. - złapała go za rękę, a on nie był pewien co o tym myśleć.