niedziela, 4 grudnia 2016

Rozdział 24

    

     Tym razem rozdział nieco krótszy i troszkę później niż zwykle. Trochę wena poszła w las, ale mam nadzieję, że się odkuje przy czytaniu książek etc. To do następnego. :)

         ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~





                                            Przed domem Salvatore



        Will i Damon stali czekając na czarownicę, która miała im pomóc w dostaniu się do domu i znalezieniu zaklęcia.  Obaj byli pełni zapału, żeby tego dokonać. Mijała już kolejna doba, od groźby Kaia. Nagle zobaczyli jak dołącza do nich mulatka. Widać było, że biegła tutaj całą drogę. 
- Co się stało? - Will od razu wyczuł nie bezpieczeństwo to samo zrobił Damon, który się rozglądał jednak niczego nie zauważył. 
- Jak będziecie dawać jemu to zaklęcie, to odbierzcie księgę. - spojrzała uważnie na obu przyjaciół - Jest mi potrzebna. 
- Do czego? - wampir chciał wiedzieć więcej, lecz mulatka tylko machnęła głową. 
- Możecie mi to obiecać czy nie?- spytała wciąż szybko łapiąc oddech.
- Obiecujemy - powiedział Will za ich oboje, dopiero jak mulatka chrząkneła to wampir z robił to samo.
- No w końcu, ile można na ciebie czekać? - mówiąc to Damon patrzał w kierunku z którego szła do nich Liv. 
- Wybacz, musiałam być pewna, że będzie jak najmniej ludzi w domu. - słychać było w jej glosie zaciętość - Chociaż wiem, że to będzie tragiczne w skutkach jak mój brat dostanie to zaklęcie. To wam pomagam, to mogę przynajmniej wymagać od was, żebyście mi pomogli, go zabić potem. 
- Zrobimy co się da. - powiedziała mulatka patrząc na nią porozumiewawczo. 
- Jasne, że zrobicie i polegniecie. - usłyszeli głos Kaia, który pojawił się znikąd. Trzymał na ramieniu jednego trupa, którego zrzucił na ziemię. - To jest jeden członek klanu siostrzyczko, a to - zdjął  maskę dla związanej wciąż żywej jednej osoby. Kobiety, która była w ciąży. Płakała i gdyby tylko mogła to by krzyczała. 
- Zwariowałeś, wypuść ją! - Liv chciała użyć zaklęcia jednak w tym momencie Kai przebił kobietę sztyletem. Jeden cios, który przeszedł przez brzuch. Następnie drugi szybki odcinający jej głowę. 
- To tylko ostrzeżenie. Żadnej litości. Tik Tok! Tik Tok! - uśmiechnął się szatańsko wyszczerzając swoje zęby i zniknął tak szybko jak się pojawił. 




                                     Ulice Nowego Orleanu


          Marcel szukał wzrokiem przyjaciółki. Jednak ta się starannie przed nim ukrywała. Po kilkunastu minutach szukania chciał się poddać. Jednak ją zauważył. Siedziała przy jednym z małych barków. Podszedł do niej szybko i bezszelestnie co wampiry potrafią najbardziej. 
- D. - usiadł obok niej i nie pozwolił wstać z krzesła - Nie chodzi o Klausa. Nie jemu pomóc. 
- To komu? - spytała zaintrygowana.
- Tam byli rodzice i przyjaciele pewnej dziewczyny. Jest pod władaniem bardzo silnego czarownika. Chcą ją ocalić. Zobacz przez co przeszli. - złapał ją za ręce - Dogadali się z samym Klausem, żeby ją z tego wyciągnąć. To samo robię ja. Gdybym się nie zgodził na propozycję Klausa, to bym nie mógł cię chronić. Oni chcą zrobić to samo. 
- Naprawdę tylko o to chodzi? - pokiwał głową, a ona wypuściła trzymane powietrze. - Dobrze pomogę im, ale dopiero jutro. Podczas pełni stworzę eliksir, który im pomoże. 
- Dziękuję ci, naprawdę. I przepraszam, za trzymanie cię pod kloszem. - przekręciła oczami. Miała do siebie żal, że przez głupią chwilę myślała, że może chcieć jej magii dla siebie.





                                            Dom Parkerów


   Liv szybko i zręcznie przeszukiwała półki i skrytki będące w pokoju ojca. Była pod ścianą. Wiedziała, że oddanie zaklęcia dla Kaia spowoduje duże zniszczenia. To nie mogło się skończyć dobrze dla nikogo, ale z drugiej strony chciała pomóc przyjaciołom. Straciła brata, wiedziała jak taka strata boli. Wiedziała, że to przez Kaia jej brat nie żyje, ale miała większy żal do ojca, który jak zawsze wybrał dobro ogółu zamiast swojej rodziny. Dokładnie tak samo jak z ich matką. Kochała go, ale nigdy nie zrozumie tego, że poświęci nawet rodzinę dla uwiezienia Kaia. Will i Damon byli pod oknem przy pokoju. Czekali na znak od czarownicy, że coś znalazła. Obaj byli poddenerwowani całą sytuacją. Czuli, że dzięki temu mogą być bliżej odzyskania Alice. Nagle poczuła pod palcami wypukłość będąca na ścianie. Ważna zasada, nigdy nie ukrywaj rzeczy ważnych w przedmiotach, które można przesunąć i podnieść. Rozejrzała się dookoła i walnęła łokciem w lekko wypukła część ściany. Kamyczki spadły na ziemię, a dym z kamieni uniemożliwił jej widzenie przez krotka chwile. Usłyszała dobiegające kroki, które się zbliżały w jej kierunku. Spojrzała w zrobiona przez siebie dziurę i wzięła kartkę z zaklęciem. Will, który razem z Damonem byli ukryci weszli lekko do pomieszczenia. Dała im szybko kartkę dokładnie w momencie, gdy jej ojciec wszedł do pokoju.
- Liv, co ty?! - spojrzał na córkę po czym na trzymającego w ręku zaklęcie Willa. Chciał rzucić zaklęcie, ale ona go wyprzedziła.
- Inpectos! - i zaraz po chwili Will razem z wampirem zniknęli. Liv patrzała na ojca przepraszająco, ale ten miał wypisany na twarzy zawód i przerażenie.
- To jest koniec, nasz i ludzkości. - pokręcił głową nie dowierzając i wyszedł z pomieszczenia zostawiając ją samą. Z poczuciem winy. Mogła teraz tylko jedynie zrobić wszystko by Kai nie narobił dużych szkód i jakoś odkręcić całą tą sytuację.






                                             Rezydencja Mikelsonów


   Bohaterowie siedzieli w jednym z większych pokoi czekając na czarownicę, która miała im pomóc. Snow z każdą chwilą coraz bardziej się denerwowała. Gdy tylko usłyszała otwierane drzwi to się poderwała na nogi, jakby miał ją ktoś zaatakować. Do środka weszła młoda dziewczyna, spojrzała na każdego.
- Przepraszam, za to na imprezie. Myślałam, że to ten wampir chce mnie wykorzystać do swoich celów. - usiadła na kanapie. 
- Rozumiem i to w sumie jest tak samo z nami...- zaczęła Snow jednak młoda czarownica jej przerwała.
- Nie jest to samo, jeśli się chce kogoś ratować. - uśmiechnęła się do niej - Podczas pełni, która będzie jutro, zrobię drugi eliksir. Dziś stworze jeden, jutro kolejny. Ten pierwszy, uświadomi waszą córkę i zniszczy wieź łączącą ją z tym czarownikiem.
- A drugi? - spytał Merlin przyglądając się jej uważnie. 
- Zabije waszego wroga. 
- Coś za łatwo poszło, jaki jest haczyk? - mruknęła Regina.
- Gdy jedna osoba spożyje eliksir, druga musi wypić go w przeciągu godziny. Inaczej osoba odcięta umrze.- Snow usiadła nie wytrzymując tego.
- A on będzie żyć prawda? - spytał David siadając obok  ukochanej. Davina pokiwała głową. Nie znała innego sposobu na tak silną wieź. Chciałaby inaczej im pomóc jednak to było nie możliwe.
    Klaus siedział w fotelu w głównym salonie i rozmyślał o wszystkim co usłyszał od Aurory. Nadal nie wierzył w to, że mogą mieć wspólne dziecko. Według niej ona będąc człowiekiem, została przeznaczona, żeby służyć diabłu. Miała go zabić i oddać jego duszę diabłu jednak się zakochała w pierwotnym. Zawarła pakt z diabłem o jego duszę i swoją własną. Miała oddać swoje dziecko. To przez niego stało się możliwe, żeby wampir mógł mieć dziecko. Klaus do tej pory uważał, że chciała go zabić i wykorzystywała jego i jego brata. Teraz im więcej myślał o tym co mu powiedziała, tym bardziej chciał wierzyć jej. Do salonu wszedł najstarszy z rodu i usiadł w fotelu obok. Nalał sobie alkoholu i spojrzał na brata. 
- Szukałem trochę o tym diable. Jest w paru wierzeniach, podaniach. Nazywa się Cade. Jest ziarno prawdy w tym co mówi Aurora. - upił łyk wciąż patrząc na brata.
- Nie powiedziała mi nic, bo ją oskarżyłem. - hybryda spojrzał w okno i zaczął stukać palcami w rytm deszczu.
- Jeśli to jest prawda, to nie jest twoją winą. Mogła powiedzieć prawdę, ale zastanawia mnie jedna rzecz, skąd wie że ona żyje i czemu tak długo zwlekała? - straszy spojrzał w oczy bratu. Obaj nad tą kwestią rozmyślali nieustannie.
- Chyba będzie lepiej jak się z nią spotkam. - mówiąc to Klaus wstał i ruszył przed siebie. Miał się spotkać z Aurorą i pomówić o tym co się wtedy wydarzyło. To że ma z nią dziecko stało się czymś absurdalnie niemożliwym, ale z drugiej strony coś nie pozwalało jemu tego zignorować.
    W ogrodzie rezydencji siedział Kol i rozmyślał o tym co się stało. Chciał odkręcić wszystko i wyjaśnić Davinie jak to było. Usłyszał nagle jej głos dochodzący z domu. Szybko wbiegł do środka i złapał ją za rękę, akurat w momencie jak wychodziła z drugiego pokoju. 
- Możemy pomówić? - spytał przyglądając się jej uważnie. 
- Właściwie, to muszę cie przeprosić. To nie była twoja wina, że Klaus wygrał, przecież nawet nic nie zrobili z tym faktem, gdzie się znajduję. 
- Myślałem, że jednak to zrobi - spojrzała na niego złowrogo - to nie ja, Hayley cie widziała. Pewnie jak się spotkałaś ze mną, ale to nie ja. Nie byłem w żadnym planie, żeby cie wykorzystać. 
- Wiem, ale muszę iść. Przygotować zaklęcie mam dzień na to, a trochę jest z tym roboty. - puściła jego rękę i zrobiła krok w tył jednak on znowu ją złapał. 
- To może ci pomogę? Chociaż się na tym wcale nie znam. - lekko się uśmiechnął, a ona pokiwała głową godząc się na to. 






                                  Skraj lasu - przed domem Kaia

   Will razem z Damonem szli w kierunku domu, w którym to ukrywał się Kai wraz z Alice. Wampir cały czas czuł, że coś się stanie złego. Nie mógł się pozbyć tego uczucia. Rozglądał się cały czas. Wiedział, że jego towarzysz liczy na niego. Był nie tylko bratem Alice, ale też stał się dla niego rodziną. Co było coraz normalniejszym uczuciem dla niego. Nie ukrywał przed nikim, że się troszczy o najbliższych choć nadal był uszczypliwy. Will za to miał nadzieję, że odzyska siostrę, chociaż wiedział, że to się szybko nie zdąży to jednak wciąż miał nadzieję.
- Co za niespodzianka. - usłyszeli głos Alice, a zaraz po chwili ją zobaczyli. Miała ubrania bardziej mroczniejsze tak samo jak makijaż.
- Alice... - szepnął jej brat w osłupieniu przyglądając jej się. Myśleli, że to Kai sam odbierze tą kartkę. Jednak się pomylili.
- Braciszku, może mnie przytulisz? - mówiąc to była bardzo podobna do siebie przed kontrolą Kaia. Podeszła do niego robiąc smutne oczy i powoli go przytuliła. Początkowo był zszokowany, ale już po chwili mocno ją do siebie przytulił. Czuł bicie jej serca i zapach perfum, które uwielbiała. Nagle zaczęła się śmiać, po woli odsunęła się od niego i wciąż się śmiała.
- Słodki mały braciszek. Pogodziła się z tym, że ja jestem taka, a nie delikatna wojownicza księżniczka. - Spojrzała na wampira i do niego podeszła - Tak samo ty kochany. Lubisz mrok, zabijać ludzi, wysysać krew. Możemy to razem robić. Przecież wiem, że bardzo kochasz być mrocznym wampirem.
- Owszem - zbliżyła swoją twarz do niego i już chciała go pocałować ale ją odsunął od siebie - ale ciebie kocham bardziej, dlatego wiem, że nie wybaczyła byś mi gdybym się poddał.
- Jesteś taki słodki, że aż mdły. - zaśmiała się robiąc trzy kroki w tył.
- Nie widzisz co on zrobił z tobą - brat chciał do niej dotrzeć jednak ta ciągle się uśmiechała. - Jesteś jego niewolnicą, nie możesz tak żyć! - ostatnie słowa Willa wprowadziły ją w osłupienie. Zamarła przypominając sobie pewne wydarzenie.


                                  Agrabah


  Alice sprzątała sale zbrojenną. Po ostatnich miesiącach wspólnych walk z ludźmi. Nie chciała zabijać, ale musiała robić to co Jafar jej kazał. Była e końcu jego dżinem. Nagle usłyszała jakiś szmery otwieranych drzwi. Skupiła się bardziej na pracy, myśląc że to jej właściciel. Spojrzała ukradkiem w stronę drzwi i zobaczyła Merlina.
- Co tu robisz? Jak Jafar cię zobaczy...- położył jej palec na ustach.
- Uwolnię cię stąd. - szepnął bardzo cicho patrząc w jej oczy.
- Nie dasz rady. Jest zbyt potężny.
- Wykupie cię, złożyłem mu propozycję.
- On mnie chce. - pokręciła głową - Nie zgodzi się na nic. Odwołaj to nim coś ci się stanie.
- Jesteś niewolnicą, Alice. Jesteś jego niewolnica, nie możesz tak żyć. - złapał ją za ramiona. Przez co czuła się znacznie lepiej, bezpieczniej.



                           Teraźniejszość

  Nagle się wybudziła z tych wspomnień i spojrzała na brata po czym na wampira, którzy się jej dokładnie przyglądali.
- Dobrze się czujesz? - brat zrobił krok w przód jednak ona zrobiła dwa w tył.
- Wspaniale, a teraz dawać to czego chce Kai. - mówiła to przez zaciśnięte zęby. Damon zerknął na Willa i kiwnął głową. Will zrobił krok w przód powoli i wyciągnął kartkę z zaklęciem. Wzięła je spoglądając uważnie na nich obu. Potem jej wzrok utkwił w zaklęciu.
- Zabierzcie je. - oddala kartkę dla Willa. Obaj byli zaskoczeni.
- Alice? - brat złapał ją za rękę.
- Nie wiem na jak długo mam kontrolę nad umysłem, więc lepiej to zabierzcie. - Spojrzała na Damona. - Przepraszam was obu, naprawdę.
- Przecież to nie twoja wina. - zaczął wampir ciesząc się ze ją słyszy.
- Ja nie tylko o tym. Zabierz rodziców, zaklęcie, nie oddawaj go. - mówiła do brata robiąc krok w tył.
- Nie zostawimy cię...
- Musicie. On mnie zabije, moje serce ma wystarczającą magię by zrobić portal. - słysząc to Will chciał się z nią kłócić jednak nie dała mu dojść do głosu. - Nie chce by przeze mnie zginęło więcej ...- nagle urwała i zamarła na krótką chwilę.
- No proszę kogo my tu mamy. - odwiercili się i zobaczyli Kaia z psychopatycznym uśmiechem, który zaczął iść w ich stronę. - Przynieśli prezent. - mówiąc to Alice podeszła do niego. Znowu była pod jego wpływem. Chociaż oboje wiedzieli, że to się stanie to jednak nie przypuszczali, że tak szybko.
- No to gdzie ten mój prezent? - lekko się uśmiechnął do gości. Will zanim oddał mu zaklęcie to spojrzał na siostrę. Nie chciała tego. Jednak i tak nie mieli szans uciec z zaklęciem przed Kaiem. 
- Chcemy księgę dostać i tak jej nie potrzebujesz. - wampir zatrzymał  Willa przed oddaniem zaklęcia. Obiecali dla Bonnie, że odzyskają księgę. Mógł choć tyle dobrego zrobić. Kai spojrzał na nich uważnie, jednak kiwnął powalająco głową na Alice, która zniknęła szybko. Nim się spostrzegli to już była z powrotem. Podeszła do wampira i podała mu księgę zabierając tym samym zaklęcie od brata. Will chciał ją bardzo zatrzymać, jednak ona nie była sobą. Wciąż była pod kontrolą czarownika. Puściła jego rękę i zniknęła razem z Kaiem. 
   
    Po kilkunastu minutach Kai siedział nad zaklęciem i wymawiał je po cichu. Alice leżała i przyglądała mu się uważnie. Wciąż prężąc ciało niczym kotka.
- Możesz przez jakiś czas się nie ruszać. - mówiąc to odwrócił się do niej.
- Przecież nic nie robię. - wstała zgrabnie i podeszła do niego uwodząc go wzrokiem. - To nie jest nic. - mruknął gdy usiadła mu na kolanach.
- Nic nie poradzę, że kusi mnie to całe zło w tobie. - pocałowała go delikatnie i wstała dając mu dokończyć zaklęcie. Pierścień na jego ręce zaczął się świecić i przygasł, gdy skończył je wymawiać.
- To teraz czas na polowanie. - wyszczerzył do niej swoje zęby i spojrzał w jeden kąt pokoju gdzie znajdowały się drzwi które stały same bez żadnej ściany - a za jakiś czas będę mógł otworzyć te drzwi. Wtedy stanę się najbardziej potężniejszą osobą na tym i innym świecie.





                                     Pokój na skraju lasu
             
    

     Kai wszedł pewnym krokiem do domu. Czuł, że wszyscy wiedzą o jego obecności w domu. Nagle zobaczył pędzącą w jego stronę strużkę mocy. Zręcznie się uchylił i wyciągnął rękę z pierścieniem przed siebie. Pierścień wciągnął  całą moc atakującego go czarownika. Podszedł do niego, gdy ten był ledwo żywy. 
- Teraz nie ma litości. - skierował słowa do swojej ofiary, po czym zadawał mocą silne ciosy, które doprowadzały do powolnej agonii. Krew wypływała z jego ust, a jego oczy wyrażały przerażenie. Wciąż był przytomny, aż do swojej ostatniej chwili. Kai powoli podniósł głowę i się uśmiechnął szeroko. W jego stronę szedł cały klan na czele z ojcem. Alice atakowała osoby dobiegające do nich z drugiej strony. Zabijała każdego, nie patrząc na to kim jest. Przez to czuła jak się staje coraz bardziej potężniejsza. Mrok ją wciągał coraz głębiej i głębiej. Nie widziała odwrotu z tej ścieżki. Chciała tylko być w tym mroku i chłonąć go garściami. 
    Czarownik z każdą chwilą zabijał, a co za tym idzie stawał się coraz bardziej silniejszy. Całe jego ciało było pokryte krwią klanu. Każdej osobie sprawiał nie wyobrażalny ból. Odrywał głowy, wysuszał ciała, sprawiał  by ich wnętrzności wypływały jeszcze za ich życia. Dom wyglądał jak po najeździe armii. Wszystko skroplone krwią. 
- I zostałeś tylko ty. - Kai patrzał na swojego ojca, który był gotowy do walki - tylko ty z całego tego szajsu. A i Liv oczywiście. Ją oszczędzę. Jestem psychopatą, ale mam serce, jednak. - zaśmiał się i rozłożył ręce. Rozejrzał się po całym domu.
- Zostaniesz pokonany i odesłany tam gdzie twoje miejsce! - jego ojciec zrobił krok w jego kierunku. -Invi...! - nie zdążył wypowiedzieć zaklęcia. Jego żyły zaczęły płonąć od środka. Nie mógł oddychać, złapał się za szyję. Upadł pociągając za sobą zasłonę. Kai do niego podszedł. Patrzył jak jego ojciec umiera i się lekko uśmiechnął. To był ostatni widok jego ojca jaki zobaczył przed śmiercią. 

        Zobaczyła kobietę stojącą przy małym łóżeczku. Bez zastanowienia ją zabiła odcinając jej głowę. Ciało opadło bezwiednie. Nagle usłyszała płacz, odwróciła głowę i spojrzała na małe łóżeczko, w którym znajdowało się dziecko. Miało na oko dwa latka. Podniosła je na ręce i zaczęła bujać żeby przestało płakać. Spojrzała na kocyk, który nagle zaczął się unosić. Złapała go i przeczytała przyszyte imię ANGEL.
- Tak masz na imię? - dziewczynka się uśmiechnęła. Usłyszała, że Kai się zbliża. Szybko otworzyła szafę i posadziła małą na kupce ubrań.
- Bądź grzeczna i bądź cicho. - pocałowała ją w główkę i zamknęła drzwi. W samą porę, akurat w momencie gdy Kai wszedł.
- Widzę, że się dobrze bawiłaś. - uśmiechał się widząc to ilu ludzi zabiła - Ja też się ubawiłem, jednak jeszcze trochę potrzebuje mocy. - spojrzał na świecący się pierścień.
- Mogę trochę pozabijać? - zrobiła szatańską minę. Ten tylko odwzajemnił się tym samym. Po kilku minutach była pod domem Salvatore. Spojrzała przez okno i dostrzegła swojego brata, który rozmawia z Damonem a nawet z Hookiem.
- Ciiii malutka - zaczęła bujać dziecko na rękach - tu będziesz bezpieczna. -  ułożyła dziecko pod drzwiami i ją pocałowała w czoło. Spojrzała ostatni raz i zadzwoniła do drzwi, po czym szybko uciekła.




poniedziałek, 21 listopada 2016

Rozdział 23




  Witajcie o to kolejny rozdział, Przepraszam za opóźnienie spowodowane problemami zdrowotnymi. Mam nadzieję,że jednak ktoś to przeczyta. Kolejny już za tydzień 4/12/2016. ;)

                          ```````````````````````````````````````



                            Poddasze kościoła



  Davina siedziała na łóżku i rozmyślała o pierwotnym. Z jednej strony zaczęła mu ufać, jednak z drugiej była przerażona, tym co Marcel jej powiedział. Że gdy tylko pierwotni dowiedzą się prawdy o jej mocy to zechcą ją wykorzystać to swoich celów. Jednak gdy zaczęła wmawiać sobie, że więcej się nie zobaczy z Kolem to jednak szybko zmieniała zdanie. Miała dość siedzenia pod kloszem. Czuła się zagubiona i rozdarta, nie była już pewna czy Marcel ją tutaj trzyma z troski czy może z własnych celów by mieć jej moc na wyłączność. Usłyszała skrzypnięcie drzwi po czym zobaczyła jak Marcel lekko wystawia głowę poza drzwi.
- Hej D. - wszedł po chwili i usiadł na skraju łóżka - Co się dzieje?
- Nic. - lekko się uśmiechnęła starając się ukryć swoje zmartwienia.
- Przecież widzę. - złapał ją za rękę, a ona tylko pokręciła głową.
- Mam dość siedzenia tutaj! - puściła jego rękę i wstała nagle z łóżka. - To jest jak więzienie! Nie mogę spędzić tutaj całego swojego życia, wiem, że będą chcieli mnie wykorzystać, ale to moje życie Marcel. - podeszła do niego - Chce stąd wyjść.
- Wiem D, wiem. Wyjdziesz, ale jeszcze nie teraz. - chciała już zaprotestować, ale nie dał jej dość do głosu - Klaus chce wyłącznej władzy tutaj, obiecuje, że jak tylko się jego pozbędę to wyjdziesz.
- Naprawdę? - nie tego oczekiwała, ale poczuła, że ją strzeże. Jak mogła myśleć, że chce jej mocy. Przecież to dzięki niemu wciąż żyje.
- Obiecuje. - złapał ją za ramiona i przytulił mocno do siebie. - Ale się nie wymykaj.
- Co? - odsunęła się nagle czując się przyłapana.
- Nie chce, żebyś się szwendała sama po mieście. Jeszcze nie teraz. - uspokoiła się lekko, jednak nie wiedział o jej wyprawach.
- Dobrze. - zgodziła się chociaż chciała, znowu zobaczyć Kola. Jednak tego dnia chciała dotrzymać obietnicy. Położyła się w łóżku, jak tylko Marcel wyszedł. Myślała o tym co jeszcze jej powiedział, pierwotni chcą kontroli nad miastem. Zaczęła myśleć, dlaczego Kol właśnie się zaczął z nią zadawać. Czy ma czyste intencje czy działa tak bo chce rodzina. Po dobrych kilkunastu minutach rozmyślania o tym odplynela w sen.





                             Dom Bonnie


  Caroline siedzi skupiona razem z czarownią i przeglądają księgi z urokami. Co jakiś czas blondynka zerka na przyjaciółkę, która było widać, że jest bardzo zdeterminowana by coś znaleźć. Jednak to były pozory, czarownica owszem chciała bardzo znaleźć zaklęcie, ale była już zmęczona siedzeniem nad ksiegami i czytaniem dokładnie każdej klątwy. Każdej, która jak się okazywało nie pasowała do ich szukanej klątwy. 
- Może zrobię kakao? - spytała w końcu blondynka zamykając kolejną księgę. Czarnowica tylko kiwnela głową, a na jej twarzy poglebil się smutek. - Hej, damy radę. Bo nie my to kto. - przytulila czarownice, która słysząc to się zasmiala.
- Dzięki, że tu ze mną siedzisz. - spojrzaly na siebie. 
- Od tego ma się przyjaciół. Dobra idę po te kakao bo serio mi się zachciało czegoś do picia. A alkoholu nie masz prawda? - spytała, jednak nie czekała na odpowiedź. Wyszła do kuchni w podskokach. Spędziły tak trzy kolejne godziny. Caroline już powoli przysypiała nad kolejnymi zakleciami. Kakao się dało we znaki. Zawsze po nim czuła się senna. Powieki jej się powoli zamykaly kątem oka widziała jak Bonnie nadal czyta księgę.
- Mam!!!- krzyknęła mulatka tak głośno, że blondynka budząc się straciła kubek z kakao, który wylądował na dywanie. 
- Co jak ?Bomba? - dopiero po chwili była całkiem świadoma tego co się dzieje.
- Nie, ale prawie. - zasmiala się mulatka - To jest ten urok. Dokładnie ten. 
- Pasuje. - blondynka się przyjrzala uważnie, zakleciu. - Ale brakuje, tego jak to odwrócić. Co to znaczy? - wskazała na słowa będące na końcu strony, które były zapisane w łacinie.
- Że zaklęcie odwracajace znajduje się w księdze którą była w rodzinie Kaia. - spojrzaly po sobie. Myśląc o Kaiu, który chciał dokładnie tą księgę, którą ukrył jego ojciec. 




                                  Statek pirata


  Siedział na statku i rozmyślał nad wszystkim. Martwił się trochę o Alice, nie odzywa się już dość długo. Wyjął telefon z kieszeni i wybrał numer dziewczyny. Jednak włączyła się poczta. Miał nadzieję, że tylko potrzebuje chwili czasu, samotności by przetrawić to co się stało. Schował telefon z powrotem i upił kolejny łyk alkoholu. Byli już jakiś czas w tym świecie. Muszą jakoś dać sobie radę z powrotem do domu. Odzyskać Alice. Nagle zadzwonił jego telefon, odebrał go szybko nie patrząc kto to.
- Alice, jesteś cała? - spytał od razu nie dając szans na jakiekolwiek przywitanie.
- Czemu miała by nie być? - głos nie należał do Alice tylko do Reginy.
- To ty.
- A to znaczy, że jednak żartowałeś z tym, że chcesz ...- zaczęła, ale on od razu jej przerwał.
- Nie żartowałem. Tylko martwię się o Alice. Dotarło do niej, że Kai jest zły i że stała się bestią. Od tamtej pory się nie odzywa.
- Pewnie chce samotności przez jakiś czas, ale lepiej niczego nie lekceważyć. - słyszał jej spokojny głos i zaczął wyobrażać sobie jak siedzi razem z nim.
- Mam nadzieję. A jak tam z tymi pierwotnymi wampirami? - czuł nie pokój związany z tym. Napełnił po raz kolejny swoją szklankę. Słyszał szmery czyjejś rozmowy. Wyłapał głos Snow, która zapewne dopytywała się o Alice.
- Wiesz, podobno nie można im ufać. Ale wyboru zbytnio nie mamy. Jest jedna czarownica, która może pomóc. Jednak trochę sprawa jest pogmatwana, więc to trochę zajmie.
- Rozumiem, kłamałaś Snow o Alice prawda ?- spytał ją czując to co powiedziała im Regina. Gdyby Snow wiedziała to by dawno zabrała telefon dla Reginy.
- Tak. Inaczej się nie da. - słyszał jak wchodzi gdzieś po schodach, po czym zamyka drzwi. - Naprawdę nie kłamałeś?
- Nie i nie zmieniłem zdania, Regino. Nadal chce spróbować. A ty co o tym myślisz?
- Ja ...naprawdę nie wiem...- usłyszał skrzypniecie łóżka - sądziłam ,że to tylko pijackie gadanie. Szczerze, chciałam usłyszeć twój głos. 
- Naprawdę? - jego usta przybrały wyraz zadowolenia. 
- Nie powtórzę tego. - czuł jak się śmieje pod nosem. - Muszę kończyć, przypilnuj Alice i Willa, bo Snow mi tu robi histerię. 
- Spróbuję. - rozlaczyla się, więc włożył telefon do kieszeni i skończył pić alkohol. Jednak po chwili zadzwonił do Willa, by powiedzieć, że Alice prawdopodobnie została uświadomiona w całej sprawie z Kaiem. Uprzedził, że pewnie ma wyrzuty sumienia przez Luka. Rozlaczyl się i spojrzał w niebo. Brakowało mu Alice, tej Alice która za każdy podryw strzela mu w tyłek byle by się odwalił. Tej która pływała z nim po morzach i ocenach w poszukiwaniu przygód. 




                          Miejsce między uliczkami


  Stał i co jakiś czas patrzył na zegarek. Kolejny dzień, ta sama godzina, a jej nie ma. Nie wiedział gdzie jej szukać. Rozglądał się dookoła, lecz jej dalej nie zauważył. Wściekał się sam na siebie, że nie spytał Hayley gdzie widziała małą czarownicę. Ciągle miał nadzieję, że ją zobaczy. Chciał ją ostrzec przed swoją rodziną, dokonał wyboru. Ona. Wybrał ją zamiast rodziny. Nie czuł się winny tego wyboru. Klaus sam wiele razy dokonał podobnego wyboru, mając za nic rodzinę. Ona była nie winną częścią walki o władzę w mieście i to było kompletnie nie fair. Nie mógł jej ostrzec, chociaż w sumie bracia nie wspominali o tym by ją pojmac czy coś w tym guście. Zrezygnowany wrócił powolnym krokiem do domu. 







                                     Dom pierwotnych



  Snow razem z Davidem stali w jednym z pokojów i cicho rozmawiali. Snow cały czas nie mogła się przestać martwić o dzieci i dopytywała co chwilę Regine o stan w Mystic Falls. Sama by zadzwoniła, ale zabrali jej telefon by się nie denerwowała. Kolejny dzień u wampirów, rozpoczynał się powoli i nudnie. Chociaż czuć było, że ten dzień nie będzie należał do spokojnych. Wiedzieli, że szykuje się walka. Nie byli tylko pewni czy rzeczywiście wampiry pomogą im w odzyskaniu córki.
- Musze usłyszeć jej... - podeszła do okna i przez nie wyjrzała.
- Snow...- książę przytulił ją mocno.
- Wiem, wiem, że nie powie mi nic dobrego, ale chce usłyszeć jej śmiech, jej głos.
- Odzyskamy ją. Przecież zawsze kończyło się dobrze...
- A potem zawsze coś się kończyło źle. - przerwała mu - Jak nie klątwa z Emmą to z Alice i Willem, Sharon, teraz jeszcze ktoś opętał naszą córkę. To się nie skończy. Kto wie co teraz się dzieje w naszym świecie i Storybroke.
- Snow..- obrócił ją przodem do siebie - jesteśmy razem, damy sobie rade ze wszystkim.  - pocałował ją po czym znowu przytulił. Tak bardzo chcieli wrócić już szczęśliwie do domu, całą rodziną. Snow jednak wewnętrznie nadal czuła nie pokój, wiedziała, że nie będzie prosto odzyskać rodzinę, ale wiedziała jedno, że zrobi wszystko by do tego doszło.
  W drugim pokoju czarownik siedział przy biurku i starał się zrobić kilka magicznych zaklęć na broń swoich przyjaciół. Jednak co jakiś czas wkradał mu się w myśl, ,mała czarownica. Pokręcił głową  i skończył robienie zaklęć. Odłożył sztylety i mecz na bok. Czuł, że zrobił właściwą rzecz dla niej. Nie chce jej skrzywdzić tak jak Sharon. To była jego wina, że tak to się stało. Jego i tej klątwy ciążącej na nim. Przez to stał się zamknięty w sobie. Przestał  dbać o ludzi, stał się samotnym i siejącym postrach potężnym czarownikiem. Gdyby nie Alice to by nadal taki był. To był dług wdzięczności, którego czul ze nigdy nie spłaci. Musi teraz ją odzyskać. Kolejny raz.


                                   Agrabah




  
  Szedł drogą w kierunku pałacu, w którym miał zrobić interes z władcą. By zdobyć to co ma władca. Potrzebował jednej z ksiąg z jego biblioteki, dlatego w zamian przyszykował w zanadrzu kilka cennych rzeczy, które miał nadzieję dadzą mu to co chce. Gdy wszedł do pałacu to ciągle był obserwowany przez strażników. Wszedł do głównej sali i zobaczył scenę, gdy władca uderza młoda kobietę w twarz. Ona spojrzała na niego lekko zaszkolnymi oczami. Władca też na niego spojrzał. Potem znowu zerknal na dziewczynę. 
- Zaproponuj coś do picia i bądź miła. - szepnal do niej wrogo. Ona tylko się uklonila i podeszła do przybysza. 
- Co podać? - niepatrzyla mu w oczy, robiła tak jak ją nauczył jej władca. 
- Woda wystarczy. - był lekko zaklopotany tym wszystkim. Wiedział, że bogacze mają służących, ale to było dla niego złe. Czuł jej cierpienie. Nagle w jej dłoniach pojawił się kubek z wodą którą mu podała i się uklonila odchodząc. Wiedział teraz, że nie jest zwykłą służącą, była dżinem. 
- Możesz odejść, Alice. - Władca klasnął w dłonie i dziewczyna zniknęła w lampkę, która leżała tuż przy tronie. 
- Kim jesteś przybyszu? Czego oczekujesz od wielkiego Jafara? 
- Wasza Wysokość, jestem Merlin - podszedł i się uklonił - Chciałbym dokonać wymiany. 



  Z myśli wyrwało go pukanie do drzwi. Szybko zebrał broń z biurka i zszedł na dół gdzie wszyscy na niego czekali. Dyskutowali jeden przez drugiego, aż w końcu usłyszeli głośny gwizd. Spojrzeli się w stronę blondynki, która skupiła na sobie uwagę wszystkich zebranych.
- Dziękuje, a teraz - spojrzała na nowych znajomych - musicie wiedzieć kilka rzeczy o wampirach, chyba, że już wiecie?
- Trochę tak. - zabrał głos książę patrząc prosto w oczy blondynki - Można zabić je przez wbicie kołka w serce bądź przez wyrwanie głowy czy serca.
- Zgadza się, a werbena je osłabi. - potwierdziła Bex. - Więc ta wasza magia, jest tylko dodatkiem, no oprócz tego tutaj. - spojrzała wymownie na Merlina i zatrzepotała rzęsami. Jednak on stał nie wzruszony próbą podrywu.
- Masz racje, że ją ignorujesz. Już cię lubię. - powiedział Nick pijąc dalej alkohol, jednak o mało się nie zadławił gdy dostał w bok od swojej siostry za tą uwagę.
- Dobra, wy się zajmujecie odrzucaniem tych wszystkich wampirów..- zaczął najstarszy patrząc na nowych znajomych.
- Jak to odrzucaniem?- Klaus już przewrócił oczami słysząc ten cudowny plan.
- Tak będzie lepiej, jak ich nie zabijemy. Zabicie tylko w ostateczności. - powiedział starszy dobitnie, żeby nikt się z nim nie kłócił - A my się zajmiemy Marcelem. - Klaus nie tego oczekiwał, ale po chwili jednak miał to gdzieś. Wystarczy mu, że odzyska władzę. Wrócił po tylu latach do domu. Miasta, które na zawsze zostanie jego domem. Jednak w głowie, ciągle miał myśli na temat Marcela. Nie mógł pozbyć się myśli, że go zostawił, zostawił członka rodziny.

       Już po kilku minutach byli przy posiadłości Marcela. Hybryda czuł w sobie uczucie zwycięstwa, jeszcze zanim zaczęli walczyć. Czuł, że tego dnia zmieni się wszystko. Odzyska to co zostało mu zabrane.  Szedł pewnym krokiem w stronę stojącego Marcela. Kątem oka zauważył idących coraz szybciej w jego stronę wampirów, które po chwili zostały wystrzelone w powietrze przez czarownika i Reginę. Dokładnie tak jak planowali. Szedł coraz szybciej do Marcela, przez roztapiające się morze wampirów. Marcel dłużej nie zwlekając zszedł na dół. Uskoczył przed atakiem pierwotnego i zaatakował go. Szarpali się tak dobrych kilka chwil. Zmieniając co jakiś czas pozycje wygranego do przegranego i na odwrót.
- Może w końcu się poddasz? - spytał pierwotny patrząc jak jego wróg się podnosi po raz kolejny. Strużka krwi leciała z jego warg.
- Niestety nauczyłeś mnie, żeby nigdy się nie poddawać. - warknął i zaatakował kolejny raz, tym razem sprawiając, że to pierwotny poleciał na stół. Sprawiając tym samym, że wszystko zleciało z niego za jednym razem. Regina razem z Merlinem walczyli i ogłuszali wampiry, z każdą chwilą wydawało się, że robi się ich coraz więcej. Zmieniali się stronami, osłaniali siebie nawzajem. Snow i David atakowali wampiry bronią, która miała w sobie zaklętą werbenę. Robili tak jak chciał najstarszy pierwotny. Starali się nikogo nie zabić, tylko ich unieszkodliwić. Myśleli tylko o swojej córce, która potrzebowała ich pomocy. Dzięki temu nie pozwolili sobie na żadnej najmniejszy błąd w walce. Nagle nie wiedząc czemu wampiry przestały atakować i stały niczym zombie, zawieszone. Bohaterowie spojrzeli w stronę, w którą się patrzała większość wampirów. Marcel klęczał pokonany i nie atakował więcej. Klaus tylko stał nie ruchomo i na niego patrzał z wyższością. 





                                        Ulice Mystic Falls

  Damon i Will siedzieli w salonie, jednak żaden z nich się nie odzywał. Kazdy był zanurzony w swoich myślach. Jednak dalsze rozmyślania zostały przerwane przez pukanie w drzwi. Damon podniósł się lecz po chwili już do salonu weszła Liv i Tyler mieli właśnie zacząć rozmawiać na temat Kaia, jednak uniemozliwilo im to stukanie obcasów, które się zbliżało. Do salonu weszła Alice. Damon przez chwilę myślał ,że wróciła na dobre. Jednak gdy zobaczył jej uśmiech od razu wiedział, że nadal jest pod władaniem Kaia. 
- Cześć kochanie. - mówiąc to podeszła do spietego Damona. Gdy chciała go pocałować ten się lekko odchylił. - Szkoda. Wyglądasz apetycznie.
- Co chce mój brat? - jej uwagę przykula Liv.
- Jednej bardzo ważnej rzeczy. - podeszła do niej - Ale najpierw, może chcesz się przywitać z kimś. - do salonu wszedł Luke. Liv zakryla rękoma usta jak go zobaczyła. 
- Luke? - jedynie to jej udało się powiedzieć.
- Spokojnie, on nic nie czuje, więc się nie ekscytuj. - mówiąc to Alice podeszła do Luka i go poglaskala po głowie. - Może sprawdzimy to. - Alice juz chciała coś mu zrobić
- Tylko go tknij! - Liv wysunęła się do przodu chcąc bronić brata. Nawet jeśli był martwy. Alice kiwnela głową i już się szykowała do walki z nią . Nie czuła niczego oprócz chęci zabijania i sluzeniu swojemu władcy. Jednak nim ktokolwiek zdążył ruszyć do ataku, to było słychać czyjeś klaskanie. Do salonu wszedł Kai, do którego od razu podbiegla Alice.
- Jesteś świetna, moja mała. - powiedział do niej po czym spojrzał na resztę zgromadzonych osób.- Chcecie odzyskać ją prawda?Po co się pytam jasne, że chcecie. Potrzebna mi księga, a raczej kartka, którą ukrył nasz tatus. - spojrzał na Liv, która co jakiś czas patrzala się na Luka. 
- Skoro ukrył to znaczy, że nie jest dla ciebie. - powiedziała robiąc krok w jego stronę.
- Dobrze to inaczej. - powiedział z uśmiechem i w jednej chwili Alice została przebita sztyletem obok serca. Poleciała struzka krwi, która zaczęła plamic koszulkę. Damon chciał jej to wyjąć jednak Kai uniemożliwił im podejście do niej. 
- Nie tak prędko.Albo dostanę tą kartkę, albo będzie z nią koniec. 
- kantujesz. Potrzebujesz jej, więc jej nie zabijesz. - Liv była pewna swego, czego nie byli pewni Will i Damon. Byli przerażeni, czyli jakby mogli ją stracić na zawsze. 
- Nie kantuje. Potem ją sobie ozywie, ale będzie taka jak Luke. Mimo, że ją kontroluje to Alice, wasza Alice wciąż tam gdzieś jest. - podszedł do niej i wyciągnął sztylet. Oblizał krew z niego i się usmiechnął szatansko. 
- To jak będzie? Zrobicie to co chce? - spytał kolejny raz i spojrzał na Damona i Willa, na których zrobiło to największe wrażenie. 
- Zgoda. - powiedział Salvatore, patrząc srogo na buntujacą się mimo wszystko Liv. - Damy ci tą kartkę, a ty...
- Ja w zamian, nie zabije jej. - wciął mu się w zdanie. To nie było to czego chcieli, ale ważne ,że ona wciąż będzie żyć.
- Alice wiem, że mnie slyszysz. - zaczął Damon podchodzac bliżej - Odzyskamy cię. Obiecuję. 
 Kai słysząc to się zasmial głośno i jednym ruchem sprawił, że zniknęli. Will nie mógł wytrzymać tego co się działo, wyszedł szybkim krokiem z domu. Wszedł do ogrodu i od razu swoje kroki skierował w stronę wiszącego worka bokserskiego.Był wewnętrznie rozbity i wściekły. Zaczął uderzać raz po raz w worek, aż wyłądował na nim swoją złość. 
- Damy radę Will. - usłyszał za sobą głos Salvatore. - Przekonałem o tym tą czarownice. Najpierw uratujemy ją przed śmiercią, a potem z rąk Kaia. - chłopak odwrócił się do wampira i spojrzał na niego smutno.
- Kolejny raz, nie mogę jej ochronić. To samo było w krainie czarów. Nigdy nie powiedziała o tym co tam się stało, była nie ufna. Boję się, że to może jeszcze gorzej na nią wpłynąć. I zmienić się calkiem, no o ile ją odzyskamy. - usiadł na krześle. Czuł się kompletnie bez silny. 
- Twoi rodzice się nie poddadzą, my też nie. Jestem wampirem, nie poddam się nigdy dopóki żyje - wampir się przysiadl do niego. 
- Naprawdę ?- wampir lekko się uśmiechał - Jesteś najlepszym chłopakiem dla mojej siostry. 
- To już mam akceptację twoją i waszego ojca, jeszcze potrzebuje dobrej opinii waszej matki i będziemy szczęśliwa rodzinką. - na to zdanie Will się zaśmiał lekko. 
- Dzięki, że nie zostawiles mnie z tym. 
- Żartujesz? Nie zostawił bym nigdy. Ona potrafi każdego zmienić. - Will czuł się znacznie lepiej niż ostatnio. Rozmawiał, jeszcze tak przez kilkanaście minut z wampirem. Czuł jakby zyskał w nim brata. Nie był zbyt idealny, ale ważne, że troszczył się o jego siostrę, a także nawet o niego. 
  






                                     Podwórze posiadłości Marcela
        

    Klaus podszedł do klęczącego, pokonanego Marcela. Wyciągnął do niego rękę i czekał aż ten ją złapie. Marcel przez chwilę się zastanawiał co ma zrobić. Jednak po chwili przyjął rękę rywala i wstał. Patrzeli sobie twardo w oczy.
- Nie chcę, z tobą walczyć. Chcę żebyś stanął u mojego boku.
- Mamy razem rządzić miastem? Dlaczego? - czarnoskóry nie był przekonany do tego sojuszu.
- Niedawno zostałem uświadomiony, że cię porzuciłem, a byłeś i nadal jesteś dla mnie jak syn. - Marcel nadal nie dowierzał w to co słyszy, ale uśmiechnął się i uścisnął się z Klausem. 

  Siedzą na wspólnie wyprawionym przyjęciu. Marcel powolnym krokiem podszedł do Rebecki. Jednak ta go chciała wyminąć. Złapał ją za rękę, sprawiając tym samym by na niego spojrzała. 
- Nie mamy o czym gadać. - szybko mu przerwała nim jeszcze zdążył cokolowiek powiedzieć.
- Mamy pokój możemy my też...- zaczął lecz ta wyrwala mu rękę.
- Po tym jak wybrałeś znowu coś innego zamiast mnie? - spytała z ironią i odeszła dalej od niego. Zaczęła rozmawiać z jakąś przypadkowa wampirzycą byle by nie myśleć o nim. 
- Przejdzie jej, kiedyś. - mówiąc to pierwotny podszedł do Marcela. Ten tylko kiwnal głową, ale nie miał tyle pewności co Klaus. 
- Wiem o czarownicy. - pierwotny spojrzał czarnoskoremu w oczy - Nie chce jej krzywdzic ani nic. Spokojnie. Widzisz tą dwójkę? - wskazał palcem na Snow i Davida - Ich córka jest pod wladaniem jednego gościa. Są bardzo zdeterminowani by ją chronić. Obiecałem im, że gdy tylko wygram to ta twoja czarownica im pomoże.
- Zaraz, bo nie wierzę. Ty chcesz komuś pomóc? - czarnoskóry kręcił głową i się śmiał. 
- Słuchając ich, jak bardzo dbają o swoje dzieci, przypomniało mi się, że taka sama mnie łączyła więź z tobą. Więź którą chce odbudować. Mogę liczyć na pomoc? - czarnoskory spojrzał znowu w stronę bohaterów, którzy widać było, że nie są aż tak szczęśliwi jak reszta. 
- Porozmawiam z nią. - powiedział na odchodnym i ruszył w stronę miejsca gdzie znajdowała się czarownica. Jednak nim zdążył zrobić parę kroków to zobaczył jak ona wchodzi na dziedziniec. Spojrzała na Marcela po czym na idącego w jej stronę Kola. Jednak pierwszy dotarł do niej Marcel. 
- D wiem, że to nie jest perfekcyjnie, ale mamy pokój i to chyba jest ważne. - Spojrzała na Klausa. Po czym znowu na Marcela. 
- Rozumiem. - odpowiedziała krótko.
- Jednak mam prośbę do ciebie, możesz swoją mocą pomóc... 
- Nie pomogę mu w niczym ! - krzyknęła wyrywajac ręce z uścisku czarnoskorego. Spojrzała gniewnie na pierwotnego.
- D. ! - oczy wszystkich zgromadzonych powedrowaly w stronę rozgrywajacej się sceny. 
- Nie będę tego słuchać! - magią, sprawiła, że Klaus upadł z bólu i uciekła nim zdążył jej powiedzieć o co chodzi. Snow czuła się jakby zabrano jej ostatnią nadzieję. Uscisnela mocno męża za rękę. 
- Porozmawiam z nią na spokojnie. - zwrócił się do nich Marcel, na co książę tylko kiwnal głową. Marcel wyszedł z przyjęcia i szedł ulicami miasta by znaleźć swoją podopieczną.
Nick wszedł na górę by móc w ciszy cieszyć się wygraną. Jednak gdy tylko wszedł na górę zobaczył kogoś kogo myślał, że już nie zobaczy. 
- Aurora? - podeszła do niego. 
- Potrzebuje twojej pomocy. Chodzi o naszą córkę. - ostatnie słowa wprawily go w osłupienie. To było coś nie dorzecznego. Śmiał się jednak po chwili przestał, gdy widział determinację na twarzy swojej rozmowczyni.
- Wampiry nie mogą... - zaczął.
- Jest, a raczej była jedna klauzura Nick. - przerwała mu. - Nigdy ci potem tego nie mówiłam, nie szukałam, bo po porodzie została mi odebrana. Teraz wiem, gdzie ją znaleźć. Proszę, musisz pomóc naszej córce. - złapała go za rękę, a on nie był pewien co o tym myśleć. 






sobota, 19 listopada 2016

Ogłoszenie

Przez kłopoty ze zdrowiem rozdział pojawi się najpóźniej do tego poniedziałku 21.11.2016. Za opóźnienie przepraszam.

niedziela, 6 listopada 2016

Rozdział 22



  Wiem, jestem koszmarna z tym pisaniem. Powrót do regularnego pisania, kolejny rozdział - 13.11.2016, jeśli ktoś jeszcze czyta to dziękuję. Jak nie, to mówi się trudno.

     ~~~~~~~~~~~~~





                                  Ulice Nowego Orleanu


    Hayley chodziła z Sophie ulicami szukając jednego z domów. W którym według czarownicy są ślady jej rodziny. Sophie wyglądała na bardzo pewną siebie, szła trzymając w ręku kompas, który powinien naprowadzić je do celu. Wilkołaczka szła za nią rozglądając się i przyglądając budynkom, które tworzyły piękno tego miasta. W pewnym momencie skręciły w małą uliczkę między budynkami, w której brakowało światła. Hayley miała źle przeczucia co do tego, jednak podążyła śladem czarownicy. W jednej chwili czarownica się do niej odwróciła i przebiła jej ciało sztyletem wymawiając zaklęcie. Przez co nie miała siły walczyć i się przeciwstawić. Czuła jak jej ciało słabnie z każdą chwilą, ale nim upadła poczuła ulgę. Otworzyła oczy i zauważyła leżącą czarownice bez głowy. Podniosła powoli wzrok i zobaczyła Klausa, który trzymał głowę czarownicy. 
- Nie ma za co. - lekko się uśmiechnął wypuszczając głowę. 
- Ona wiedziała gdzie jest moja rodzina! 
- To rozumiem, że miałem dać ci umrzeć. Zapamiętam na następny raz. - przekręcił oczami i otrzepał ręce o spodnie. 
- Dziękuję, ale to był mój jedyny trop. - powiedziała nie wiedząc co dalej zrobić. 
- Możemy pójść na taki układ, ja ci pomogę, a w zamian ty, jak już odnajdziesz swoją rodzinę to zmusisz je do ochrony mnie. - szczerząc zęby wyciągnął rękę. Wypuściła powietrze kręcąc głową, ale jednak przystała na jego warunek. Nie miała innego wyjścia. I tak była znowu sama.  Po kilku minutach byli w barze pijąc alkohol i rozmawiając o wzajemnej pomocy.
- Jeśli chcesz szybciej znaleźć rodzinę, to jednak ty musisz mi pomoc pierwsza. - wypił kolejny łyk.
- W takim razie nie dotrzymasz obietnicy. - pokręciła głową, wiedząc co się stanie.
- Nie, właśnie, że dotrzymam. Potrzebuje znaleźć pewną małą czarownicę, ona ci pomoże w namierzeniu rodziny. - przyglądał jej się uważnie.
- Mała? Jak? Chyba, że ma moc jakiej nawet twoja matka nie miała. - nie wierzyła w słowa swojego towarzysza.
- Właśnie, ma taką moc. - wampir zamówił kolejną szklankę napoju, a jego towarzyszka cały czas toczyła wewnętrzną batalie. Jednak nie zaprzeczyła, nie sprzeciwiła się. Może to być jedyna droga do odnalezienia rodziny i nie mogła tak po prostu się poddać. A w razie czego zawsze może sprawić, że wampir będzie cierpiał. 





                                             Alice

       Obudziłam się z lekkim bólem głowy. Powoli otwierałam oczy i wciągnęłam powietrze. Czułam odrętwienie każdej części mojego ciała tak jakbym się nigdy nie poruszyła. Poczułam czyjś wzrok na sobie i się rozejrzałam Zobaczyłam swojego braciszka, który siedział obok mojego łóżka. Uśmiechnęłam się do niego szeroko, lecz on odpowiedział słabym uśmiechem.
- Co się stało? - spytałam podnosząc się na łokciach.
- Pamiętasz coś z wczorajszego wieczoru? - przyglądał mi się uważnie, aż poczułam rozchodzące się dreszcze.
- No przecież tak. Nikt mi nie wierzy że to wina Liv, a nie Kaia. - poczułam wzburzenie na samą myśl.
- A coś więcej? - szperałam w myślach niczym w książce szukając odpowiedzi, której mógł oczekiwać Will.
- To ci powiem. Zapewne to sprawka tego Kaia - już się chciałam z nim kłócić, ale mnie uciszył - Zmieniłaś się w bestię, tą którą zaatakowała mamę.
   Ostatnie słowa wprawiły mnie w osłupienie. Czy rzeczywiście mogłam ją zaatakować. To nie może być prawda. Potrząsnęłam głową, odganiając tą absurdalną myśl.
- Kai by tego nie zrobił...
- Zabił swojego brata! Zabił Luka! - przerwał mi nagłym wybuchem. - Odkąd wróciłaś do życia to się zmieniłaś. Nie jesteś tą samą osobą co wcześniej.
- Przykro mi - wstałam z łóżka i udałam się do drzwi - tamtej mnie już nie ma.
Wyszłam zostawiając go samego. Tak naprawdę nie czuję żadnej zmiany w sobie.



                                      Drogi Mystic Falls



    Szła droga bez celu. Nucąc sobie piosenki które śpiewała jej mama, jak była mała. Zaczęła wspominać całe swoje życie, ale przy jednym wspomnieniu miała największe dreszcze.

          Kraina czarów - Alice 14 lat

  Siedziała na małej puchowej sofie i machała swoim wisiorkiem w obie strony. Wzdychnęła głęboko 
nudząc się. Wyjrzała przez małe okienko, za którym było widać większe okno i sporo większą kanapę. Dotknęła zamyślona szyby i już chciała usiąść, gdy nagle przeszkodził jej wstrząs. Upadła na podłogę i spojrzała w górę.
- Co znowu?! - była za równo wystraszona jak i gotowa do walki. Nagle poczuła jak jej ciało robi się lekkie jak powietrze. Po kilku sekundach czuła jak upada na zimną podłogę. Podparła się rękoma i powoli wstała. Otrzepała ręce a następnie odwróciła mierząc tępym wzrokiem mężczyznę stojącego przed nią.
- Czego tym razem? - dostała w twarz, aż zapiekły ją policzki. Powstrzymała łzy, które napływały jej do oczu.
- 2 tygodnie w lampie nie nauczyły cię ogłady! Patrz jak do ciebie mówię! - spojrzała na niego nie chętnie. - Jesteś moja, rozumiesz? Pytam się czy rozumiesz?!
- Tak panie. - musiała dać z siebie sporo wysiłku żeby te słowa z siebie wydobyć.
- Spróbujesz uciec z pałacu to zginiesz bardzo bardzo powoli, a szkoda  by było stracić taką piękność. - uśmiechnął się szatańsko.
- Rozumiem, panie? - zachęcił ją do mówienia gestem dłoni. - To znaczy, że nie będę siedzieć w lampie?
- Jesteś dżinem, moim dżinem. Powinnaś, ale zrobię wyjątek, jak na razie. Tylko mnie nie zawiedź.
Pocałował ją w policzek i wyszedł z pokoju. W pierwszej chwili chciała uciec i podbiegła do okna. Jednak tuż za nim roznosiła się wielka lekko widoczna osłona. Przez chwilę się zastanawiała, żeby i tak spróbować uciec. I w tym momencie do bariery podleciał ptak który wpadając w barierę się spalił. Zrobiła dwa kroki w tył I wzięła głęboki oddech.
- Dam sobie radę, Will. - szepnęła zamykając oczy. Otworzyła drzwi i szła korytarzem, który był ozdobiony niczym w starożytnych czasów...

Nagle z myśli wyciągnął ją głos Kaia. Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem i podeszła.
- Hej a co to za mina? - spytał udając zatroskanego.
- Czyt ty mnie zmieniłeś w bestię? - spytała prosto z mostu, on przez chwilę miał minę jakby odkryła jego mroczny sekret, lecz szybko to ukrył nim to zdążyła zauważyć.
- Oczywiście że nie. Skąd ten pomysł? - przytulił ją ramieniem, a ona się wtuliła.
- Will powiedział, że się zmieniłam, zaatakowałam matkę i to jest twoja wina.
- Cii...Nie chciałem ci tego mówić, ale muszę. Twoja rodzina jest pod władaniem zaklęcia rzuconego przez moją młodszą siostrę.
- Co? Jak? Nic nie zauważyłam. - spojrzała na niego.
- Liv chce wykorzystać ich do zrobienia swojego królestwa.
- Muszę ich ocalić! Pomożesz mi? - spytała patrząc na niego z nadzieją. Objął ją mocniej w pasie i pocałował w czoło.
- Oczywiście królewno. - poprowadził ją drogą nadal obejmując - ludzie w tym świecie są źli. Zasługują na karę.


 


                                       Bar Mystic Falls




    Czarownica siedziała razem z Caro rozmawiając o wszystkim. Chociaż za bardzo nie potrafiła się wkręcić w rozmowę. Jej myśli ciągle krążyły wokół jednej osoby, Merlina.  Mimo krótko spędzonego czasu stał się dla niej bardzo ważną osobą.
- Muszę kupić nową sukienkę. Bonnie, wcale mnie nie słuchasz. - traciła przyjaciółkę łokciem.
- Przepraszam. Ja po prostu... - nie potrafiła więcej powiedzieć, o tym co myślała. 
- Wiem, kłopoty z facetami nie są przyjemne. Powiedział ci, że wisi nad nim klątwa. - mulatka pokiwała głową - To trzeba ją złamać.
- Tylko dokładnie nie wiem o co chodzi i kto ją rzucił i dlaczego. Wiem tylko, że gdy się zakocha, to wtedy ta dziewczyna staje się zła, mroczna. - podparła się ręką o blat stołu. Blondynka nie wiedziała jak ją pocieszyć. Bonnie lekko się uśmiechnęła do niej, wiedząc, że teraz się martwi o nią. Chciała wziąć serwetkę ze stolika, ale trąciła butelkę i o mało nie spadła. O mało, bo  w samą porę, ktoś ją zatrzymał przed upadkiem.
- Hej, nie szalej tak. Spędzanie z moją siostrą cię tak nauczyło? - Will przysiadł się do nich z uśmiechem. Sam był w kropce z sprawą siostry, ale słysząc rozmowę dziewczyn, nie chciał im dokładać swoich zmartwień, ale nie potrafił ukryć niczego. 
- Jestem nie rozgarnięta, to wszystko. - pokazała mu język mulatka - Jak z Alice?
- Nie za dobrze. Nie wiem co musi się stać, aby przejrzała na oczy, żeby się wybudziła spod władania Kaia. - pokręcił głową i ciężko wypuścił powietrze. - Rodzice wymyślili razem z braćmi Salvatore, żeby udać się do rodziny pierwotnych wampirów.
- Mikelsonowie, ale dlaczego? Klaus nam przecież nie pomoże. - mówiąc to blondynka bawiła się łyżką w dłoni.
- Uważają, że ten...ten starszy wampir...
- Elajha? - podpowiedziała mulatka.
- Tak, że on jest tym lepszym i może zgodzi się pomóc. - spojrzał na czarownice uważnie, widział, że chciała o coś zapytać. Złapał ją za rękę tak, żeby na niego spojrzała. Samym wzrokiem zachęcił ją do rozmowy.
- Kto jedzie? - serce jej biło szybko czując, że dowie się tego co właśnie myśli.
- Moi rodzice, Regina i Merlin. - na ostatnie wypowiedziane imię zabrała rękę z jego uścisku. Na co chłopak się trochę zdziwił.
- Dlaczego rzucono klątwę na Merlina? - spytała blondynka i zaraz dostała kopniaka pod stolikiem. Will spojrzał na jedną i drugą dziewczynę i dopiero zrozumiał o co chodzi czarownicy.
- Chciałbym pomóc, ale nie wiem. On się nikomu nie zwierza - głęboko wzdychnął - no tylko mojej siostrze.
- Może da się z nią normalnie pogadać. - powiedziała pusto mulatka, chcąc się dowiedzieć prawdy, ale w trójkę wiedzieli, że to będzie nie możliwe. Alice jest pod umysłowym władaniem Kaia. To było ciężkie do wygrania, obie sprawy równie mocno związane z zaklęciem.





                                         Kryjówka Marcela 


   Bex weszła do mieszkania Marcela. Miała nadzieję, że ukochany jej wysłucha. Powoli bezszelestnie przedostała się na górę. Otworzyła drzwi, które lekko zaskrzypiały, a w następnej chwili miała kołek przystawiony do serca. Spojrzała w czekoladowe oczy Marcela i wypuściła powietrze z ulgą. 
- Mogłaś mnie uprzedzić, że przyjdziesz. - mówiąc to upuścił rękę z drewnianym kołkiem. 
- Przepraszam bardzo, nie wiedziałam, że muszę się zapowiadać u waszej wysokości. -zrobiła ukłon na co wampir przewrócił oczami.
- Bex, daruj. Co się stało? - przyjrzał jej się uważnie. 
- Wyjedźmy stąd, daleko. Proszę Marcel. - spojrzał w jej oczy, które wyczekiwały odpowiedzi.
- Nie - jedno krótkie słowo, a potrafi złamać serce - nie wyjadę, to będzie jak poddanie się Klausowi. A to miasto jest moje, nie mam zamiaru oddać go walkowerem.
- Wolisz miasto zamiast mnie?! - czuła jak każdy fragment jej ciała drży z wściekłości.
- Bex, możemy być tutaj oboje, razem. - złapał ją za policzki, ale mu się wyrwała.
- Mam wybierać między tobą, a rodziną?! Nie chcę tego. Dlaczego nie możesz tego porzucić? - Nie potrafiła powstrzymać łez które cisnęły się jej do oczu. - Kiedyś wybrałeś podobnie, zostać wampirem lub żyć ze mną. Nigdy nie wybrałeś mnie, nigdy.
   Wybiegła stamtąd jak najszybciej. Nie chciała by widział ją w takim stanie. On dokonał wyboru, to ona też musi to zrobić. Rodzina. Always nd Forever. Przypomniały jej się słowa, które jednoczyły rodzinę. Marcel pożałuje, że nigdy jej nie wybrał. To będzie koniec rządów tego wampira. Czas odzyskać miasto. Po kilku minutach spędzonych na rozmyślaniu. Wróciła do domu.  Weszła powoli do salonu, gdzie siedział Kol i pił burbon. Zabrała mu szklankę i usiadła szybkim ruchem po drugiej stronie w fotelu.
- Ejj to było moje. - wskazał na szklankę braciszek. 
- Właśnie było, dobrze mówisz. - założyła nogę na nogę i się lekko zaśmiała widząc jak Kol morduje poduszkę. 
- Teraz twoja kolej. - powiedział rzucając resztki poduszki na podłogę. Wstał z miejsca, ale się zatrzymał słysząc starszego brata. 
- A to niby co? - wchodząc Elajha przyglądał się rozrzuconemu pierzu, które było wszędzie. 
- No jak to co. - rozłożył ręce Kol - Fiesta, z okazji śmierci naszej kochanej siostrzyczki. 
- Fieste to zaraz będziesz mieć ty jak wypruje ci flaki. - wstała i zrobiła krok w jego stronę. Elajaha tylko przewrócił oczami, znowu to samo. Podniósł ręce i wyszedł z pomieszczenia jak najszybciej niechcąc brać udziału w walce między młodszym rodzeństwem. 



         
                                               Opuszczony dom 



    Kai siedział w fotelu i przeglądał księgę, którą zabrał z rodzinnego domu. Wertował coraz szybciej kartki, aż w końcu przejrzał całą i nie znalazł tego co szukał. Z wściekłością rzucił księgą w ścianę. Oddychał szybko i ciężko. Podparł się rękoma o blat stołu. Musieli wyrwać kartki z zaklęciami, które chciał użyć.
- Szlag! - wytarł ręką twarz i spojrzał w kierunku zmarłego brata. Podszedł do niego wolnym krokiem i się przyjrzał dokładnie.
- Przynajmniej ty się udałeś. - gdy to powiedział, ciało Luka zaczęło się ruszać. Już po kilku chwilach jego młodszy brat usiadł na sofie. Spojrzał swoimi przekrwionymi oczami na pomieszczenie, aż w końcu jego wzrok znalazł się na twarzy Kaia.
- Witaj bracie. - mówiąc to Kai się uśmiechnął szeroko. Luke nie był do końca żywy, jego serce nie biło. Był pod władaniem umysłowym jak Alice, tylko znacznie większym. Był maszyną do zabijania.


                                     



                                            Przed domem Salvatore 


    Regina pakowała ostatnie swoje rzeczy, ustaliła razem z resztą oraz nowymi przyjaciółmi z tego świata, że pomocą w starciu z Kaiem może się okazać rodzina pierwotnych wampirów. Nie była pewna tego kroku, ale wiedziała jedno. Tutaj też nic nie wymyślą, a jeśli uda im się przekonać pierwotnych to może wygrają. Miała właśnie wychodzić z pokoju, gdy usłyszała pukanie i zobaczyła jak wchodzi pirat.
- Nie powiedziałam proszę. - odwróciła się i udała, że musi coś dopakować.
- Wiem, że nie chcesz mnie widzieć. Dlatego nie będę z wami wyruszał, ale chcę żebyś wiedziała jedno. - podszedł do niej i złapał za podbródek. Tak, żeby spojrzała mu w oczy. - Wczoraj byłem pijany, owszem. Mówiłaś, że zapomnę, zmienię zdanie. To się myliłaś. Chcę znaleźć szczęście. Chce to zrobić z tobą.
   Nie wiedziała co mu odpowiedzieć, widziała po nim, że nie żartuje z niej. Nie chciała o tym myśleć. Mieli za dużo na głowie, żeby myśleć jeszcze o miłości. W głowie miała gonitwę myśli. Nie zauważyła nawet tego w którym momencie nachylił i ją pocałował. Czuła rozchodzące się dreszcze, doznawała tego uczucia po raz drugi w życiu. Pierwszy był przy jej ukochanym Danielu i to właśnie wspomnienie, zadziałało na nią jak kubeł wody. Opamiętała się i lekko odsunęła pirata. Mimo strachu przed tym uczuciem, nie potrafiła na niego wrzeszczeć, czy walnąć. Tylko lekko się uśmiechnęła. Usłyszeli wołanie Snow, że są już gotowi do drogi. Zanim zeszła z torbą na dół, to została zatrzymana przez pirata.
- Będę tutaj, cały czas jak wrócisz. Nie zmienię zdania. - to zdanie dało jej nadzieję, że może warto spróbować. Pokiwała głową i zeszła na dół. Wszyscy już się zebrali przed autem Stefana, które pożyczają na czas wyprawy. David wolnym krokiem podszedł do starszego Salvatore. Damon trochę obawiał się ojca ukochanej, wiedział, że go nie lubi. Spodziewał się jakiejś gadki o trzymaniu się z dala od Alice. David złamał go za ramiona i uścisnął. Po czym spojrzał na niego uważnie.
- Fakt, nie lubiłem cię, ale jesteś jednym odpowiednim chłopakiem dla mojej córki. - tego się nie spodziewał usłyszeć. - Masz swój charakter, wiem o tobie różne rzeczy. Ale robisz dla mojej córki wszystko. Zmieniłeś się dla niej. Mam nadzieję, że jak wyjadę to zrobisz wszystko, by jej nic złego się nie stało.
- Obiecuję. Zrobię wszystko, by do tego nie dopuścić. - mówiąc to przytaknął głową. David zrobił to samo i podszedł do żony, która wciąż miała nadzieję, że Alice przyjdzie. Jednak książę ją wziął za ramię i wskazał na auto. Snow tylko pokiwała głową i weszli do auta. Bonnie stała razem z blondynką i rozmawiała z Reginą dając ostatnie wskazówki. Mulatka cały czas wypatrywała czarownika, którego nie było widać. Jednak za chwilę powinien się zjawić, wiedziała, że też wyjeżdża.
- Gdzie ten przeklęty czarownik? - mówiąc to Regi się rozglądała, po czym wskazała na idącego w ich kierunku Merlina. - W końcu.
- Zawsze jestem na czas. - powiedział z szerokim uśmiechem, na co czarna tylko przekręciła oczami i wsiadła do auta. Bonnie chciała do niego podejść, ale wciąż się wahała. Nie spojrzał na nią ani raz, odkąd przyszedł. Szybkim krokiem udał się do auta, jakby się paliło. Co tylko sprawiło zawód mulatce, myślała, że chociaż powie, żeby na siebie uważała. Caroline widząc ją w takim stanie objęła ramieniem mocno. Po kilku chwilach już ich nie było. Czarownica czula sie wewnętrznie rozbita, ale udawała, że daje sobie z tym radę. Nie chciała obarczać nikogo tym więcej. Musiała dać sobie z tym radę. Pokonała różne wampiry, wilkołaki itd. to sobie z tym też poradzi. Postanowiła poszukać czegokolwiek o podobnych klątwach. Może któraś z nich pasuje do tej która została rzucona na Merlina.







                                                        Doki 


   Szła drogą nie patrząc gdzie dokładnie idzie. Po kilku chwilach już wiedziała gdzie jest. Zawsze gdy miała problem to rozmawiała z Hookiem. On sprawiał, że problemy znikały. Tylko on potrafił to zrobić doskonale. Dlatego bardzo lubiła podróżować z nim. Odkąd zjawili się w tym świecie. To się oddalili od siebie. Dopiero to dostrzegła. Wcześniej dużo czas spędzali na zabawie, walkach i podróżach. 
- No proszę, kogo ja widzę. - wyrwał ją głos pirata z zadumy. 
- Mnie? - zapytała z lekkim uśmiechem i weszła na pokład statku. 
-Oho, widzę, że coś jest nie tak. O co chodzi? - podał jej kieliszek z alkoholem. 
- Wszyscy mówią, że to ja zaatakowałam matkę. - upiła większy łyk. Usiadła na schodkach, a on zrobił to samo. 
- Alice, niestety, ale muszę przyznać im rację. - spojrzała na niego wściekłe - Nie patrz tak. Mówię co myślę, odkąd zjawił się Kai to jesteś inna. Kłócisz się z Damonem, co na początku mnie cieszyło, ale naprawdę jest coś nie tak. Nie mówię, że Liv jest dobra całkowicie, ale pomyśl chwilę, kto może mieć większe pragnienie zemsty i władzy. Liv czy Kai? - wiedziała, czemu przyszła akurat do Hooka. On potrafił ją naprowadzić, dać trop, którym powinna podążyć i sama dojść. Nawet jeśli by Kai czy Liv użyła zaklęcia to powinna umieć dostrzec. Dojść do tego, co jest prawdą. Tak jak zawsze. Od razu jej się przypomniało wspomnienie z ich wyprawy. 
- Tak jak z cesarzem. - powiedział to co właśnie miała w głowie. Zamknęła oczy i spokojnie oddychała dając myślom gnać przed siebie. 


                       Cesarstwo Xin - dwa lata temu 


   Po dłuższym pływaniu po morzach dopłynęli w końcu do zatoki. Zacumowali statek, po czym zeszli na ląd. Alice czuła się trochę nie pewnie w przeciwieństwie do pirata, który z uśmiechem się rozglądał. Rozprostował ramiona i przyglądał się ludziom. 
- No przestań, czego mamy się bać. - powiedział spoglądając na nią. 
- Cesarza, toczy się wojna domowa. A my wchodzimy w sam jej środek. - skrzyżowała ręce, chcąc powiedzieć więcej, ale ją uprzedził. 
- Chciałaś przygody, wolisz to czy wrócić do pałacu ? - spytał retorycznie, bo znał odpowiedź. Znał ją jak nikt inny, co ją czasem wkurzało. 
- Dobra idziemy. - mówiła ruszając przed siebie. Po kilku godzinach wędrówki przeszli przez miasteczko i doszli do skraju największego miasta w cesarstwie, Huanxiu. Po drodze mijali gęsto posadzone drzewa, typowe dla tego regionu, aż przeszli do pięknego ogrodu. 
- Zhuozheng. - przeczytał z tabliczki pirat - Język sobie można połamać. Ciężki jest. 
-  Zhe shi bu nan. - powiedziała szczerząc zęby do niego. On tylko dał jej znak by powtórzyła, nie mógł wyjść z osłupienia. - Zhe shi bu nan, gong yang. Mówiłam, że to nie jest trudny język. 
- Może dla ciebie, a co znaczy to ostatnie słowo, wcześniej go nie mówiłaś. - pokręcił głową zaskoczony, że zna ten język. 
- Baran. - próbowała ukryć śmiech, ale słabo jej to wychodziło. 
- Bardzo śmieszne - wystawił jej język - skąd w ogóle znasz ten język ?
- Może kiedyś ci powiem. - poklepała go po plecach i ruszyła dalej. Chciała zapomnieć ten moment, w którym poznała ten język. Cieszyła się, że poprzedni cesarz nie żyje. Nie chciała go spotkać, nie po raz kolejny. Skupiła się na liliach wodnych unoszących  się na wodzie. Nie lubiła tego kraju, ale uroki piękna zawsze ją zachwycały. Nagle wyskoczyli jacyś strażnicy z bronią. Zaczęli krzyczeć. 
- Ju qi shou lai!! Xiedu Shensheng di difang!! - podniosła ręce do góry, a pirat wyjął miecz. Na co dziewczyna od razu zareagowała zasłoniła go i kazała schować miecz. 
- Qiaoqiao bu mafan. - mówiła spokojnie z rękami w górze. Jednak strażnicy wciąż krzyczeli, dopóki Hook nie zrobił tego samego co ona. 
- Co im powiedziałaś ?- szepnął schylając głowę lekko w jej stronę. 
- Że nie chcemy kłopotów. Lepiej nie zadzierać z osobistą gwardią cesarza. - spojrzał na nią dziwnie, a następnie na strażników. Chciał wiedzieć skąd o tym wie, ale wolał najpierw wyjąć z tego cało. Alice czuła się znowu tak samo jak kiedyś. Kolejny raz mogła wpaść w duże kłopoty związane z tym cesarstwem.
-  Ta ba huangdi de mu bei ! - przestraszona, ale nie zaskoczona spojrzała na Hooka. 
- Zabrałeś nagrobek ?!! - teraz do niego dotarło o co chodzi. 
- Leżał przy ścieżce z innymi, przecież to tylko kamień. - wyjął go z kurtki a strażnicy od razu zaczęli krzyczeć i szli w ich kierunku. Pokręciła głową w kierunku pirata by nie walczył. Nie chciał się poddawać, ale ufał Alice. Dali się skuć i zabrać do lokalnego więzienia.
  Po całej nocy spędzonej w oddzielnych celach, zostali wezwani przed oblicze cesarza. Za zniewagę, naruszenie grobów władców była kara śmierci. Doskonale o tym wiedziała, ale czuła, że tak musi postąpić. Szli obok siebie prowadzeni przez strażników przez korytarze. Po czym weszli do wielkiej sali, jak się okazało tronowej. Na środku siedział cesarz, a obok niego stali doradcy. Gdy tylko ją zobaczyli od razu zaczęły się szepty. 
- Youdu nuren! - wstał z miejsca, a jego wzrok błądził od niej do pirata i z powrotem - Znowu cię widzę, trująca kobieto. Czy wiesz co zrobił twój przyjaciel? 
- Tak, wasza cesarskosc.- nie patrzyła na niego, tylko lekko się skłoniła. 
- To nie było specjalnie... - zaczął Hook, ale strażnik walna go w głowę przez co uklękną. Cesarz tylko się temu przyglądał ze spokojem. 
- Bierz przykład ze swojej towarzyszki. Nie zabiera się pierwszemu głos.- mówiąc to cesarz podszedł do niego, ale spojrzał na nią - Pamiętam cię doskonale Trująca Alice. Jak byłaś tu za panowania mojego ojca. Tym razem też przybyłaś siać zniszczenie?
- Nie, wasza cesarskosc. - patrzyła przed siebie, ale czuła, że z każdym krokiem się zbliża do niej. 
- To dlaczego? - ujął jej podbródek palcami.
- Pływaliśmy bez mapy, nie wiedzieliśmy dokąd dobijemy. - przyjrzał jej się uważnie mrużąc oczy. 
- To nie jest zabronione, o ile nie chcecie wojny, ale to co zrobił twój towarzysz, to zniewaga dla rodziny cesarskiej. - oddalił się kawałek od nich i podniósł rękę nakazując tym samym wszystkim opuścić pomieszczenie. Alice nie była pewna czego się spodziewać. Rozglądała się dookoła widząc jak wszyscy wychodzą. 
- To co zrobiłeś, grozi śmiercią. - powiedział władca,gdy zostali sami. - ale dam ci szanse. Władca musi być sprawiedliwy. 
- Od kiedy? - wtrąciła mu się w słowa Alice - Powiesz mu, żeby coś zrobił, a potem i tak go zabijesz. Twój ojciec zginął przeze mnie, nie wierzę, że nie chcesz zemsty za to i puścisz nas wolno. 
- Owszem mam do ciebie żal, nawet gniew, ale teraz ...chce żeby cesarstwo było sprawiedliwe. Każdy błąd jest rozważany przed podjęciem kary. To nie to samo cesarstwo co widziałaś wcześniej. Mój wuj, Xao Feng, brat mojego ojca, chce przejąć władzę. Jestem pewny, że on będzie chciał cię zabić. Jeśli pomożecie mi go pokonać, czy zabić, to będziecie wolni. - mówiąc to patrzył w jej oczy. Byli między młotem a kowadłem. Ostatnim razem jak widziała Xao Fenga to przysięgał, że ją zabije. A z drugiej strony był cesarz Tao Feng,  który był synem poprzedniego cesarza. Obaj chcieli jej śmierci. Przystali na ofertę cesarza, to był prosty rachunek, śmierć wuja albo ich. Towarzyszyło im kilku strażników cesarza. Po jakimś czasie przypadkiem trafili na ludzi Xao Fenga, który zabił strażników swojego bratanka. Gdy zobaczył Alice to oszczędził ją i Hooka, tylko przez jeden powód, pomogą mu zabić cesarza. 


                 Teraźniejszość


    Oboje byli pogrążeni w wspomnieniach. Pirat upił łyk burbonu z butelki, gdy chciał wziąć kolejny to nie dał rady. Alice zabrała mu trunek i się poczęstowała. 
- Zarówno Xao jak i Tao, chcieli tego samego. Nie mogliśmy być pewni komu ufać, ale dokonaliśmy wyboru pomogliśmy Tao w obronie jego tronu. Dzięki temu Tao cię już tak bardzo nie nienawidzi za zabicie ojca. Xao był łagodny i tak samo wyglądał, on się bardziej starał byś mu uwierzyła w zmianę. Dawał bajki o przemianie, że nie chce cię zabić, a jednak chciał. - zabrał jej butelkę i upił kolejny łyk.
- To twoim zdaniem Kai mnie okłamuje, bo się stara, żebym mu zaufała? - pokiwał głową. 
- Wiesz, że brat Liv nie żyje? - tym razem to ona pokiwała głową. I dopiero po chwili do niej dotarło o co mu chodzi. 
- Jeśli Kai jest zły, a ja jestem bestią..bestia zabiła Luka...zabiłam go. - mówiła powoli, czuła jak jej ciało drży. - Liv nawet mnie nie chciała zabić za to.
- Bo wie, że to wina Kaia. - uśmiechnął się widząc jak dociera do niej prawda.  Wstała natychmiast i szybko uciekła, nim pirat zdążył zareagować. Czuła, że musi zabić Kaia, za to co zrobił jej i jej przyjaciołom.
                                 



                                              Uliczka między domami 


   Kol stał w umówionym wcześniej z Daviną miejscu. Nie mógł się doczekać tego, aż ją zobaczył. Pierwszy raz od dawna ktoś go tak interesował.
- Buu! - był tak zamyślony, że nawet nie zauważył momentu, w którym do niego podeszła.
- To ja jestem wampirem, to ja mam robić tak. - powiedział wciąż zaskoczony.
- A ja jestem czarownicą. - pokazała mu język, była w wyśmienitym humorze. - Naprawdę się cieszę, że mogę wyjść i z kimś normalnie pogadać. Dziękuje, że mnie nikomu nie wsypałeś.
- Przecież mówiłem, ze tego nie zrobię. Chodź. - złapała jego rękę i ukradkiem szli pod kapturami tak, żeby nikt ich nie poznał. Po kilku minutach takiej wędrówki byli już przy lesie. Spedzili ze soba dwie godziny rozmawiając o każdej rzeczy jaka przyszła im na myśl. Świetnie się ze sobą dogadywali, tak jakby znali się znacznie, znacznie dłużej. Cieszyła się, że jednak mu zaufała, dzięki temu spędza z nim najlepszy czas w swoim życiu od kilku lat, a może i nawet po raz pierwszy w życiu doświadcza tych cudownych chwil. 
- Wiesz, nie chce wracać do zamknięcia. - powiedziała mu prosto w oczy, nagle zmieniając temat. 
- To nie wracaj. Masz wybór D. - uśmiechnęła się lekko na te słowa, jednak zaraz ten uśmiech zgasł.
- To nie jest proste, ludzie chcą mnie skrzywdzić. Twoj brat, twoja rodzina chce... mam potężną moc, a Marcel chce mnie chronić. - mówiła wierząc w to, że chce dla niej jak najlepiej.
- Nie jest to dobre. Porozmawiaj z nim.- zaczesał kosmyk jej włosów za ucho.
- Musze wracać - przeczył głową jakby nie chciał tego słyszeć - on się zorientuje, że mnie nie ma.
- Spotkamy się jeszcze? - spytał z nadzieją. Ona nic nie odpowiedziała, tylko pocałowała go w policzek i uciekła jak najszybciej. Bała się, że się spóźni i Marcel ją nakryje na wymykaniu się. Rozejrzała się nim weszła do budynku, upewniając się, że nikt jej nie śledzi. Jednak nie wiedziała o tym, że została dostrzeżona przez Hayley, która stała nie daleko. Uśmiechnęła się pod nosem widząc, że ma trop, wie gdzie jest dziewczyna. Tym samym jest bliżej rodziny. Zwalczyła w sobie chęć, żeby samej wejść na górę i udała się do domu pierwotnych. 
      
 




                                                   Gabinet Cami


   Klaus siedział, a raczej rozłożył się wygodnie na kozetce i rozmyślał. Był sam w jej gabinecie, czekał, aż wejdzie i się wystraszy na jego widok. Nie wiedział jak ma grać i wygrać z Marcelem. To było ciężkie, potrzebowali znaleźć Davine, tą małą czarownicę. Nagle drzwi zaczęły się otwierać i tak jak myślał Cami wejdzie zaskoczona jego obecnością. Postawiła torebkę na biurku i usiadła.
- To co tym razem cię tu sprowadza? - spojrzał na nią leniwie. - To co zwykle, no tak mogłam się tego domyśleć.
- Wiesz co czuje, smutek. Dlaczego mam czuć smutek z powodu tego, że chce wygrać i przejąć znowu miasto? - usiadł i czekał, aż wytłumaczy mu to jak zwykle.
- Może obwiniasz się. - prychnął na to zdanie, chciał jej przerwać, ale mu nie dała - Za porzucenie Marcela, sam mówiłeś ostatnio, że jest dla ciebie jak syn. A raczej był. Wasze rodzinne motto to Always & Forever. Zawsze chciałeś mieć szczęśliwą rodzinę, czujesz się winny temu co się stało, że zostawiłeś Marcela. To może być powód dlaczego odczuwasz to.
- Może masz racje. Może - pokiwał palcem w jej kierunku - ale jednak to nie zmienia fakt, że władza jest dla mnie ważna. Nie zmieni faktu, że chce przejąć to miasto.
- Nick - podparła się rękoma o brodę - może powinieneś porozmawiać z Marcelem na spokojnie. O zawieszeniu broni...
- On tego nie zrobi. - wciął jej się w słowo i wstał. Zaczął chodzić po pomieszczeniu i myśleć o tym co powiedziała.
- Porozmawiaj z nim o tym co czujesz, że to twoja rodzina. Dogadaj się z nim. Odpowiedz sobie na pytanie czy chcesz dalej z nim walczyć, czy może z nim rządzić. - spojrzał na nią i wypuścił wolno powietrze. Pokiwał głową i wyszedł myśląc o tym o czym rozmawiali. Sam nie był pewny tego czego chce.





                                        Dom pierwotnych 



   Hayely siedziała w fotelu milcząc z starszym bratem Mikelsonow. Elajha stał w salonie i właśnie miał wlać sobie alkoholu, gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Po krótkiej chwili do salonu dołączył Klaus. Jeden jak i drugi brat czuł się wykończony obecną sytuacją. Nie wiedzieli jak pokonać Marcela. Nick przez chwile myślał jeszcze o tym co Cami mu powiedziała, ale ostatecznie wyrzucił tą myśl z głowy. Siedzieli w ciszy delektując się smakiem alkoholu. Oczywiście jak na złość tą ciszę musiał ktoś przerwać. Dołączyła do nich Bex, wpadła niczym huragan. Włosy miała w totalnym nie ładzie.
- Musimy go się pozbyć. - gdy tylko to powiedziała to bracia spojrzeli na nią pytająco - Marcela. Wybrałam rodzinę, on wybrał bycie wampirem a teraz panem i władca to ja wybieram was.
- Powiedział ci to? - spytał Nick siadając wygodniej.
- Tak, omal że krzyczał z radości. Musimy jakoś wymyślić i odzyskać władze.
- Widziałam gdzie mieszka Davina. - mówiąc to wilkołaczka przykuła uwagę wszystkich.  W tym samym momencie do salonu wszedł Kol. Słysząc to wiedział, że ona będzie teraz mieć kłopoty z jego rodziną. Polubił ją i nie chciał by coś jej się stało. Gdy się dowie, że się dowiedzieli o miejscu jej pobytu to może uznać, że specjalnie się z nią spotkał by się tego dowiedzieć. Musi jakoś to odkręcić, powiedzieć jej prawdę tak by mu uwierzyła. Teraz miał dylemat powiedzieć i ją uprzedzić czy zostawić to wszystko i dać działać rodzinie.
- Świetnie, więc teraz jak wiemy to możemy ją jakoś przeciągnąć na naszą stronę. - starszy z braci nie chciał żadnej walki, jednak Klaus jak zwykle widział w tym klęskę.
- Jak chcesz to zrobić, bracie? Ona go pewnie lubi, więc się nie da. Trzeba ją zmusić do tego. -upił do końca alkohol ze szklanki. - Będzie zakładnikiem, ona za miasto. Marcel będzie musiał wybrać.
   Kol chciał coś powiedzieć, zaproponować inne wyjście, ale sam nie wiedział co. Nagle usłyszeli pukanie do drzwi,wszyscy spojrzeli na Bex, która tylko wypuściła powietrze i wstała mówiąc, że otworzy.
- Kim jesteście? - spytał Kol wstając z miejsca, przyglądając się nowo przybyłym.
- Jesteśmy z innego świata. To znaczy jestem ojcem Alice, którą jak wiemy poznaliście. - powiedział David wysuwając się do przodu.
- Potrzebujemy waszej pomocy, jest teraz pod władaniem zaklęcia... - zaczęła Snow jednak Klaus szybko jej przerwał.
- Czemu myślicie, że wam pomożemy?
- Słyszeliśmy, że potrzebna wam pomoc, więc może zawrzemy umowę. Wy pomożecie nam, a my wam. - mówiąc to Regi użyła magii i zapaliła kominek, a Merlin roztworzył okna i sprawił, że wiatr zaczął silnie wiać. Pogoda wariowała, zaczął sypać śnieg, a potem nagle wyszło słońce i wszystko się uspokoiło.
- Myślę, że warto to przemyśleć bracie. - powiedział z uśmiechem Elajha. Bohaterowie zostali wtajemniczeni w sprawę w jakiej mieli pomóc pierwotnym. Natomiast oni wiedzieli, że jeśli mają się wydostać z zobowiązania to raczej tylko Davina może im pomóc.


       




                                Opuszczony dom



    Alice szła z zamiarem zabicia Kaia. Nie obchodziło ją jak tego dokona. Wiedziała, że wszyscy mieli rację co do niego. A ona była jak w hipnozie, zabójczej hipnozie. Nie mogła sobie darować tego jak traktowała rodzinę, przyjaciół, Damona. Weszła do domu i szła intuicyjnie, aż do wielkiego salonu, w którym siedział Kai. Wstał z wielkim uśmiechem widząc ją, przez co miała ochotę go zabić. Zauważyła jak przy nim stoi Luke, dostrzegła w nim zmianę. Nie wyglądał jak on.
- Co mu zrobiłeś ?- spytała nadal zaskoczona widząc go.
- Ulepszyłem. - zagryzł wargę, uważnie się jej przyglądając. - Tak samo jak ciebie.
- Chyba kpisz, zrobiłeś ze mnie potwora! - krzyknęła podchodząc bliżej.
- Nie doceniasz tego co dostałaś. - wciąż się uśmiechał będąc całkowicie spokojnym. - Jesteś moja, tak samo jak on.
- Ja myślę, wiem, że jesteś zły, więc nie masz nade mną takiej samej kontroli. - zerkała co chwilę na Luka, który się chwiał lekko na boki, niczym zombie.
- Teraz już tak, mam. Somno Ritum Per Dax Ritum - chciała go powstrzymać przed wymawianiem dalszego zaklęcia, jednak to ona została zatrzymana przez Luka. Po chwili czuła, że zasypia.
   Po kilku godzinach otworzyła oczy. Kai siedział przy niej z kubkiem gorącego napoju, od razu jej podał jak usiadła. Wypiła czując smak krwi, który spływa w dół po jej gardle.
- No moja droga , mamy wiele do zrobienia. - spoglądał na nią z uśmiechem.
- Zrobię wszystko co chcesz. - przyciągnęła go za koszulę i zamruczała niczym kotka. Dzięki temu, że Alice żyła jak rzucił na nią zaklęcie, to sprawiło, że zachowała normalność, zdolność do mówienia. Nie mógł się doczekać momentu, aż wszyscy zobaczą jaka jest nowa, lepsza Alice.





sobota, 23 lipca 2016

Rozdział 21

   
  Trochę, a raczej bardzo zaniedbałam wszystko w pisaniu. Ale teraz zebrałam siły i piszę dalej :). Mam nadzieje, że moje wypociny się nadal podobają i ktoś zechce dalej czytać.

``````````````````````````````````````````````````````````````````



                  Domek w lesie

     Cały klan obradował nad decyzjami dotyczącymi powrotu Kaia. Luke czekał na zewnątrz budynku i rzucał kamienie do małej kałuży. Rozmyslal nad tym ze razem z Liv muszą stoczyć pojedynek na śmierć i życie. Nie chciał tego, nie chciał sam ginąć ale też nie chciał zabijać Liv. To bylo nie fair w stosunku do żadnego z nich. Podniósł kolejny kamień i rzucił nie patrząc. Tym razem nie usłyszał chlupniecia ani też odgłosu spadania. Spojrzał w górę i zobaczył przed sobą Kaia, który mocą utrzymywał kamień w powietrzu. Luke natychmiast wstał gotowy do walki.
- Nie tak nerwowo braciszku. - uśmiechnął się jak szaleniec.
- Czego chcesz? - przygladal się jak jego starszy brat spokojnie podchodzi do niego.
- chciałem wpaść z wizytą spytać co nowego. W końcu nie widzieliśmy się tyle czasu.
- Czego chcesz Kai? - tym razem już wypowiadał słowa bez lęku.
- Od razu do rzeczy. No dobrze, potrzebuje księgi zmarłych.
- Myślisz że klan ci odda najważniejszą księgę?
- Tak, bo inaczej każdy zginie... - drzwi się otworzyły i na zewnątrz wyszedł ich ojciec, który od razu rzucił zaklęcie w stronę Kaia. Ten tylko delikatnie je odrzucił w stronę drzew, które pekly w połowie.
- Też się cieszę tato. - po kilku sekundach z domu wyszli inni. - Każdego zdarze usciskac ,nie martwcie się o to. - nagle koło niego pojawiła się jakaś bestia z wyglądu przypominajaca człowieka. Tylko miało szpiczaste uszy, dłuższe zęby, ciało pokryte czarno-brązowymi luskami. Oczy lsnily czerwienią i czernią.
- A to moje nowe zwierzato. Tak to można nazwać. - zawylo głośno - Naprawdę chcecie sprawdzić jej możliwości?
Rozłożył ręce i spojrzał po każdym. Nagle został zaatakowany magią z różnych stron.
- Czyli jednak chcecie. - mruknął i skinal głową  dając znak swojej bestii do ataku. Sam także mocą dusil każdego kto go atakował. Bestia zaczęła mu torowac drogę do domu. Wszedł do domu zabijajac każdego z taką łatwością jakby walczył z mrowkami. Wszedl do domu i dokładnie wiedział gdzie ma szukać księgi. Wyczuwal ją swoją mocą. Po kilku chwilach znalazł ją za małą szafką przy biurku. Wziął ją w dłonie i wciągnął jej zapach.
- Nareszcie. - mruknął i się odwrócił.
- Nie zabierzesz jej. - zobaczył przed sobą swojego ojca.
- Nie radzę żebyś mnie powstrzymywal. - pokrecil głową z lekkim uśmiechem. Do pokoju wpadł Luke, który miał sporo ran na ciele. Przyglądał się im obu.
- może byś się do mnie dołączył ? Pytam po raz ostatni.
- Wolę już zginąć - stanowczo powiedział młodszy z rodzeństwa.
- jak tak bardzo chcesz - wzruszył ramionami, chcial juz rzucić na niego zaklęcie ale ich ojciec go uchronił rzucając tym samym zaklęcie w stronę Kaia, który poleciał na szafkę zrzucajac przy okazji z niej wszystko. Ojciec podszedł do niego wymawiajac zaklęcie. Kai złapał się za głowę nie mogąc się na niczym skupić.
- Tato? - usłyszeli głos Luka, w którym słychać było cierpienie.
Ojciec momentalnie przestał i się odwrócił. Bestia trzymała Luka swoimi dlugimi pazurami za skórę, tak że zaczęła wyplywac krew.
- Luke. - wyszeptal ojciec widząc cierpiącego syna. Kai się już ogarnął i stał znowu pełny sił. Zamroził ojca by ten się przyglądał Lukowi.-  Puść go, proszę.
- Jeśli mnie ty wypuscisz, razem z księgą w spokoju  - odparl Kai. Ojciec  spojrzał na młodszego syna przerpraszajaco - Wybierasz księgę niż syna. Nie czuję się zaskoczony , zawsze rodzina stała na drugim miejscu. - pstryknal palcami i bestia zatopila swoje kły w szyi Luka.
- Naprawdę tatusiu jesteś wspaniały. - po chwili już go nie było. 
   Siedział i kartkował  księge w swojej kryjowce. Bestia się mu przygladala siedząc niczym pies wpatrujaca się w swojego pana.
- Dobrze się spisalas kochana. - pogladzil ją po policzku. - Niedługo nie będziesz musiała zmieniać się w taką bestię i do mnie dołączysz. Twoje serce już jest moje. Tylko ja ciebie rozumiem, nikt inny cię nie rozumie. Zapamiętaj to. - ucalował ją w czoło. Zamruczala niczym kot i uciekła przez otwarte okno, wpuszając więcej wiatru do pomieszczenia.



                     Ogród Bonnie

  Siedziała na trawie po turecku z zamkniętymi oczami. Wsłuchiwała się w odgłosy dobiegające z ogrodu. Liczyła każdy oddech, próbowała się skupić tak jak to uczył ją Merlin. Wdech i wydech, powtarzała sekwencję po raz enty.
- Nie potrafię tak. - ze złości rzuciła kamieniem, nie patrząc gdzie trafi.
- Auć! - usłyszała krzyk i się poderwała na nogi. Przed nią stał Merlin i masował sobie czoło.
- Przepraszam, nie chciałam w ciebie trafić. - patrzała na niego przepraszająco. Spojrzał na nią i powoli się uśmiechnął. Wyglądała jak mały przerażony szczeniak, jakby bała się, że odejdzie i nie będzie jej uczył. Nagle zaczął się coraz głośniej śmiać, na co mulatka odpowiedziała szerokim uśmiechem.
- Musiałabyś się mocno natrudzić, żebym się obraził za takie atakowanie. - skrzyżował ręce - Coś ci chyba nie szło, skoro mnie atakujesz.
- Nie mogę się skupić. - rozłożyła ręce bezradnie.
- Coś ci zaprząta umysł, o co chodzi? - zbliżył się do niej patrząc uważnie. - Mogę ci pomóc tylko muszę wiedzieć o co chodzi.
   Jego kocie oczy się zwęziły, czym ją hipnotyzował. Wstrzymała oddech na kilka sekund dłużej. Poczuła ciarki na całym ciele, co nie uszło uwadze czarownikowi. Potrząsnęła lekko głową i zrobiła krok w tył.
- Chodzi o sztylet, który ma ten cały Kai. Jest czarownikiem i pewnie ma dużo większą moc niż moja...
- I pewnie większą niż ja. - uciął jej i spojrzał w niebo - Wiesz ile razy walczyłem z przeciwnikiem, który jest ode mnie potężniejszy? - pokręciła głową wyczekując odpowiedzi, zerknął na nią. - Sam dokładnie nie umiem odpowiedzieć, ale bardzo często mierze się z lepszymi od siebie.
Podszedł do niej i wskazał na swoje blizny na rękach. Lekko się odznaczały bielą, były krótkie jak i dłuższe. Bonnie powędrowała opuszkami palców wzdłuż nich.
- To blizny po tych walkach? - spojrzała mu w oczy, a on tylko przytaknął - Jak...jak ty ...
- Przeżywam? - potwierdziła kiwnięciem, a on dotknął palcem jej czoła - Przede wszystkim skupienie. Skupienie na tym co robisz, skupienie na ruchach przeciwnika i ich wyprzedzaniu. A jeśli walczysz w zespole, to pełne zaufanie do każdego w drużynie. Nie jesteś i nie będziesz sama Bonnie, masz przyjaciół, którzy cię wesprą i pomogą. Masz też mnie, wiem niezbyt to pocieszające.
   Uśmiechnął się szeroko, na co się zaśmiała. Widział w jej oczach blask, którego dawno u nikogo nie widział.
- Nie jesteś taki zły. Może zanim dalej będziemy ćwiczyć... - przystanęła z nogi na nogę, przegryzając wargę - ...masz ochotę na ciasto?
   Nie mógł się ruszyć, pierwszy raz od setek lat był tak zafascynowany drugą osobą. Przy niej czuł się jakby miał znów te kilkanaście lat, mógł być całkowicie sobą bez udawania. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że go o coś pytała. Na co mulatka tylko pokręciła głową ze śmiechem i pociągnęła go do domu.


                     Domek nad jeziorem 

   Alice obudziła się objęta ramieniem ukochanego wampira i zerknęła na niego przez ramię. Pierwszy raz od dawna mogła spokojnie się polenić w łóżku. Obserwowała śpiącą twarz Damona, który nie świadomy jej wzroku ciągle spał. Nie mogła się powstrzymać i się nachyliła nad nim lekko muskając jego wargi swoimi. Kiedy chciała się już oddalić poczuła jak jego dłoń na jej plecach przyciąga ją do niego. 
- Już chcesz uciekać? - wypowiedział te słowa tak cicho i dyskretnie jakby ktoś miał ich podsłuchać. Uśmiechał się szeroko niczym kot z cheshire, aż poczuła na swoim ciele dreszcze. Nie sądziła, że będzie tak reagować na tego wampira.
- Czas na śniadanie i... - nie zdarzyła skończyć, kolejny raz poczuła jego gorące wargi na swoich. Przewrócił ją tak, że teraz on górował nad nią. 
- Ty jesteś moim śniadaniem. - Nie mogła się powstrzymać od śmiechu, przyciągnęła go do siebie. 
- Mam się zacząć bać? - zbliżył do niej swoją twarz obnażając kły.
- Być może. - palcami dotknął jej szyi wyczuwając puls - Twoja przepyszna krew śpiewa, żeby jej spróbować.
- To zrób to. - powiedziała z uśmiechem odgarniając włosy, ukazując tym samym śnieżno białą szyje.
- Lepiej mnie nie prowokuj, bo naprawdę to zrobię. Nie jadłem nic.
- Ja nie żartuję - spojrzała prosto w jego błękitne oczy - i mnie w ten sposób nie krzywdzisz, bo tego chce. Co innego jakbym nie chciała, ale chce - objęła nogą jego biodro i przyciągnęła bliżej - a mi się to podoba. Nie chcę żebyś się hamował, nie przy mnie. Nie chcę drugiego Stefana, chce ciebie. Takim jakim jesteś.

    Gdy tylko wypowiedziała ostatnie słowa, pobudzony jej słowami zaczął ją namiętnie całować. Schodził ustami w dół po szyi, aż poczuł coraz bardziej pulsujące tętno. Nie chciał od razu wbijać  kłów w jej szyję. Chciał się troszkę pobawić, zassał jej skórę robiąc malinkę. Spojrzał na jej twarz, która okazywała niecierpliwienie. 
- Myślałaś, że cię naprawdę ugryzę. - zaśmiał się klęcząc nad nią.
- Wiesz, jesteś nie możliwy - podparła się na rękach patrząc prosto w jego oczy - ja ci daje ... - przycisnął ja do łóżka całym sobą.
- Nie musisz, bo już dawno jesteś moja. - uśmiechnął się szczerząc zęby, to samo zrobiła ona. Nie minęła minuta i zanurzył swoje kły pijąc jej słodką gorącą krew. Czuła lekki ból, ale zagłuszało go podniecenie, które w niej rosło.


                       Mystic Grill


   Siedzieli obok siebie przy stoliku w Mistic Grill. Pirat pił już trzecią szklankę whisky, a Regina ciągle się meczyla się z jedną. Krążyła palcem po powierzchni szklanki i rozmyslala o swoim życiu. Hook zagwizdal tym samym zwracając uwagę kelnerki ma siebie.
- Nie masz dość? - mruknela zamyslona.
- Nie mają rumu, to muszę jakoś przeżyć z tym. - wskazał na szklankę , która znowu napelnila kelnerka.
- Nie to miałam na myśli. - spojrzał na nią uważnie - Emma wybrała Nilla, a Alice Damona...
- Dzięki za przypomnienie. - wypił jednym chaustem całą zawartość szklanki.
- A jednak masz dość. Przez to że jesteśmy zloczycami to nie możemy mieć szczęśliwego zakończenia. - znowu bawiła się szklanką.
- Zarówno Emma jak i Alice, mówiły ze każdy spotka swoje szczęście. Myślałem że to jedna z nich, ale oczywiście się jak zwykle mylę.
- Ty chociaż spotkales kogoś takiego , kto mógłby być twoją drugą połówką. - wypiła całą szklankę tak jak wcześniej Hook.
- Zuch dziewczyna! - klasnal w dłonie - Lubię cię jeszcze bardziej. - usmiechneli się do siebie i zamówili kolejną kolejkę.
   Po jakieś godzinie oboje byli już pod większym wpływem. Regina co prawda wypila mniej niż pirat, ale i tak jej się troche kręciło w głowie. Hook już chciał kolejny raz zagwizdac, ale czarnowlosa go powstrzymala. 
- Mieliśmy pić. - wyszarpujac lekko rękę.
- i to zrobiliśmy, a teraz wracamy do domu. No już wstawaj. - powoli wstała, jednak musiała się podtrzymać na wszelki wypadek.
- Ja jeszcze nie skończyłem mamo. - podniósł rękę wolajac tym kelnerke, która już wiedziała co ma podać.
- Skończyłes, dziękujemy już pani. - odgonila młodą dziewczynę, na którą pirat ciągle spogladal.
- Ejj co ty wyprawiasz... - nie zdarzył dokonczysz, bo w tym momencie Regina go postawiła na nogi. Pomagając sobie magią. Trzymała go za ramię i skierowała do wyjścia. Szli tak kilka minut w kompletnej ciszy, którą tylko przerwywalo głębokie pijackie oddychanie pirata. 
- Wiesz co ja myślę ? -zagadną ją patrząc uważnie na drogę. Czuł jak każda najmniejsza nierówność na drodze może zachwiac jego równowagę.
- Że nie wiesz gdzie znaleźć swój mózg? - spytala sama uważając jak idzie.
- Bardzo zabawne, gdybym mógł to już bym z tobą walczył. - czkawka zaczęła mu dokuczac.
- Gdybyś nie był zalany w trupa to może miałbyś ze mną jakieś szanse. - nie miała już siły żeby iść a musiała jeszcze trzymać tego pajaca w pionie. Chciała się już położyć w ciepłym łóżku. Nagle poczuła szarpniecie i dopiero zauważyła że to Hook ją zatrzymał. 
- Zaraz będziemy w domu, jeszcze kilka kroków. - wskazała dom niedaleko nich. 
- Wiem, że to nie odpowiedni czas...- zaczął a ona tylko zmarszczyla brwi.- ty chcesz szczęśliwego zakończenia...Ja też chcę...dlaczego więc nie spróbować go znaleźć razem? Jestem pijany owszem, ale wiem co mówię Regino. To nie jest pijacki bełkot. - zrobił krok w jej stronę, powolnym ruchem zaczesal kosmyk jej włosów za ucho. Czarnowlosa była zbyt zaskoczona, żeby cokolwiek powiedzieć czy choćby się poruszyć. Bezustannie patrzył w jej oczy i delikatnie się nachylil chcąc ją pocałować. W ostatnim momencie go odepchnela rękoma, aż ten się zatoczyl i omal nie upadł.
- Do reszty zwariowales! Nie probój tego nigdy więcej. - zagrozila i wskazała na niego palcem.
- Ale...- uniósł dłoń jednak szybko ją zaraz opuścił porażony małą częścią mocy czarownicy. 
- Żadnego ale. Myślisz że jestem taka głupia by w to uwierzyć?! Latałes za Alice jak pies, wierny jak nikomu innemu. I teraz mam uwierzyć w to co mówisz? - pokrecila głową i skręciła w stronę domu. - Poradzisz sobie sam dalej. 
Szła szybkim krokiem stukajac obcasami.Nie mogła uwierzyć ze to zaproponowal. Była wewnętrznie zła jak i rozbita na tysiące kawałków, ale musiała poradzić sobie z tym szybko. Czekały ją przeciez wazniejsze sprawy. Otworzyla drzwi I zobaczyła Snow, ktora juz chciała się czegoś od niej dowiedzieć. 
- Nie teraz, Snow. Radzę sobie. - Oparła się plecami o ścianę i zamknęła oczy. Oddychala wolno i głęboko. Starała się wyrzucic z głowy to co jej powiedział pirat. 
- Widzę właśnie jak radzisz. - skrzyzowala ręce. - Regino, wiesz że mozesz ze mną zawsze porozmawiać o wszystkim.
- Teraz jest waznieszy powrót do domu. Moje potrzeby nie są teraz istotne. - spojrzala na Sniezke i w tym momencie poczuła się źle. Ona miała męża, dzieci, była szczesliwa po prostu. Teraz ma ciężkie chwile ale ma bliskich na których może polegać. W przeciwieństwie do złej królowej, jak nazywała samą siebie Regina. 
- Zawsze jest dobry moment żeby rozmawiać o tym co nas trapi. - zaczęła Śnieżka i poklepala miejsce na kanapie obok siebie. Czarnowlosa nie była pewna czy chce wylewać swoje żale i niepewności właśnie teraz. Mimowolnie ruszyła w jej kierunku i usiadła obok. Możliwe że to nie był dobry moment ale na pewno najlepsza osoba, której mogła powiedzieć wszystko. I tak właśnie zrobiła, nie patrzyła jednak swojej rozmówczyni prosto w oczy. Nie miała siły by zobaczyć w nich swój własny smutek. 



                   
                    Jeziorko 

    Po kilku godzinach w południe, chodziła przy jeziorze. Damon obiecał zrobić pyszny obiad jak to powiedział ,,obiad godny królowej,, i żeby się czymś zajęła. Dał jej do czytania  w pokoju jakieś ksiazki pokazujące ten świat. Jednak się szybko tym znudziła i wyszła ma zewnątrz. Podziwiała widok na jezioro przypominając sobie morza swojej krainy. Zabawne, gdyby nie Sharon to nie poznała by człowieka, którego kocha. Zerknęła w stronę domku wyobrażając sobie, jak Damon nie radzi sobie z gotowaniem. Zrobiła krok w kierunku domu, ale już nie wykonała kolejnego. Czuła jak każda część jej ciała została nieruchoma, chłód owiał jej całe ciało.
  Czuła dosłownie każde uderzenie swojego serca, a potem trzask łamanej gałęzi. Nie potrafiła odwrócić głowy. Próbowała wypowiedzieć jakiekolwiek słowa, krzyknąć, ale słowa nie wychodziły z jej ust. Zerknęła na swoje dłonie, które zaczęły się pokrywać tatuażami. Zobaczyła Kaia. Podeszła w jego stronę.
- Nie mam dużo czasu. Słuchaj uważnie - kiwnela głową - Liv moja siostra to ona ma sztylet którego szukacie, chce wszystkich zabić. Uważaj.
Chciała coś powiedzieć lecz w tej chwili on zniknął.Usłyszała skrzypniecie drzwi i zobaczyła Damona, który z uśmiechem na nią patrzył.
- Chodź, obiad gotowy moja królowo. - Skłonił się nisko. Zerknęła na swoje ręce i szybko potarła dłonią po drugiej ręce. Mogła się ruszyć, a tatuaże zniknęły. 
- Alice, wszystko w porządku? - zszedł do niej po schodkach.
- Tak, w jak najlepszym. - uśmiechnęła się sztucznie i złapała go za rękę. Weszła z nim do domu, wciąż mając w głowie to, co się wydarzyło. Robiło się coraz dziwniej. 




                  Park przy Mystic Grill


      Tyler czekał na blondynke przy parku w barze Mystic Grill. Mieli się spotkać po raz kolejny. Czuł że coś jest nie tak z nią. W jakiś sposób czuł ze coś ukrywa. Nagle zobaczył jak idzie powoli w jego stronę. Uśmiechnął się lecz ona tego nie odwzajemnila. 
- Hej, coś się stało ? - spytał ją gdy już byli obok siebie. 
- Nie możemy się więcej spotykać. Miło było. - ruszyła w drogę powrotną lecz Tyler zaraz ją zatrzymał. 
- Dlaczego? Liv, mogę chyba wiedzieć czemu. - spojrzał w jej oczy. 
- To skomplikowane, nie zależne ode mnie. - kolejny raz próbowała odejść, jednak znowu ją powstrzymał. 
- Wiem, że coś ukrywasz przede mną... - wywrocila oczami i chciała już zadać cięta riposte - ...ja też mam tajemnice. Posłuchaj jeśli coś się dzieje w tym miasteczku to albo chodzi o forsę - zrobił pauze a ona pokrecila głową - albo o coś magicznego. 
- Chyba chory na głowę jesteś. - zasmiala się  
- Nie ale jestem wilkolakiem - momentalnie dziewczyna przestała się smiac - Wiem o każdej magicznej osobie w tym miasteczku. Poza toba, więc możemy porozmawiać czy nadal się upierasz by iść ? -wskazał dłonią w dal. Usiedli razem na ławce,blondynka patrzyła cały czas w przestrzeń a chłopak wpatrywal się w nią w ciszy i czekał aż się odezwie. Westchnela i potarla ręce.
- Jestem czarowmicą, mój brat też nim jest. Gdy skończymy 20 lat tradycją jest walka rodzeństwa którzy są blizniakami między sobą ,wygra lepszy i będzie miał całą moc.
- A przegrany ma jakąś karę czy...
- Umiera. - dokonczyla wciąż na niego nie patrząc, dopiero na niego spojrzała - Zaczelo mi zależeć na tobie, dlatego nie chciałam byś ...
- Zakochał w tobie. - dokończył za nią.
- Tak właśnie. - odwróciła wzrok.
- Nie można jakoś tego obejść? Żeby nikt nie musiał umierać.
- mój dziadek miał wizję zniszczenia świata przez mojego brata.
- Luka? - zaprzeczyla ruchem głowy.
- Drugiego starszego brata. Chciał przejąć władzę w klanie, zniszyc świat. Klan go pokonał i uwiezil w wieziennym świecie, w którym nikgo nie mógł skrzywdzić. Teraz się wydostal jakimś sposobem, jest potężny. Bardziej potężny niż ktokolwiek z klanu, bardziej niż każda inna nadprzyrodzona osoba.
- Jak się nazywa?
- Kai. - na wypowiedziane imię przeszły ciarki po jego ciele. Zaczął się coraz bardziej zastanawiać ,czy ten co ma sztylet może być właśnie jej bratem. Jeśli to prawda co ona mówi o jego mocy , to nie mają nikogo kto może go powstrzymać.
- Liv! - usłyszeli czyjeś wołanie.
- Tata? - wstała i ruszyła w jego stronę, to samo zrobił Tyler.
- Musimy porozmawiać na osobnosci. - powiedział twardym głosem żegnając nerwowo na chłopaka.
- On wie wszystko, o co chodzi ?
- Kai...przyszedł po księgę zmarłych. Zabił większość klanu i... - w jego oczach czaily się łzy, otarł ręką czoło.
- I ? Tato?
- ...Luke...Zabił też Luka. - pokrecila z niedowierzaniem głową. - Razem z resztą ocalałych osób z klanu, mamy nadzieję że przekazana ci moc z pokoleń pomoże go pokonać.
- Zwariowaliscie?! - Tyler nie mógł wytrzymać w ciszy - Chcecie ją wystawić przeciwko najpotezniejszemu czarownikowi?! To szaleństwo!
- Tyler. - mówiła spokojnym głosem patrząc na ojca.
- Niech cały klan stanie przeciwko niemu a nie tylko ona! Boicie się ?!
- Tyler. - dopiero teraz wzrocil na nią uwagę - Klan przekaże mi moc przodków, być może mu dorownam.
- A jak nie? Nie zostawię cię, moi przyjaciele i ja ci pomożemy... - chciała już się sprzeczac - Kai o ile się nie mylę ma sztylet, którego potrzebują moi przyjaciele ,więc to też nasza walka.
- Tylko musicie uważać ma coraz więcej demonów, którzy mu pomagają. - na odchodnym usłyszał słowa jej ojca i razem z nią podazyli w głąb  parku. Potrzebowała ciszy i spokoju by przetrawic wieść o śmierci swojego brata.




                               Biblioteka Mystic Falls 

    Stała przed półką pełną książek, szukając wzrokiem książki, którą potrzebuje czarownik. Jednak myślami wciąż błądziła po jego twarzy. Widziała przed swoimi oczami jego szeroki uśmiech, kocie oczy, które ją za każdym razem hipnotyzują i ten szczery śmiech. Złapała jedną z książek nie przyglądając się jej wcale.
- Masz coś? - podskoczyła słysząc jego głos, aż książka wypadła jej z rąk. Obróciła się łapiąc za serce. - Przepraszam, nie myślałem, że cię przestraszę. 
- Jeszcze żyje. - zaśmiała się uspokajając pędzące serce. 
- To mam szczęście. - nie mogli oderwać od siebie wzroku. Kolejny raz jej serce zaczęło gnać. Zrobił krok w jej stronę, świdrował ją swoim wzrokiem, aż czuła przebiegające dreszcze wzdłuż całego ciała. Nie mogła wykonać żadnego ruchu, czekała, aż to on pierwszy go wykona. Zerknął na jej usta i wypuścił trzymane jak dotąd powietrze. Schylił się będąc coraz bliżej niej. Wierzchem dłoni dotknął jej policzka, zaś opuszkiem kciuka delikatnie smakował miękkość jej ust. Rozchyliła je oddychając coraz ciężej, oparła się rękami o jego tors. 
- Przepraszam to miejsce publiczne, a nie miejsce do całowania. - od razu od siebie odskoczyli słysząc obok siebie bibliotekarkę. 
- Pani wybaczy, już wychodzimy. - głos zabrał czarownik, który w przeciwieństwie do Bonnie mógł z siebie wydobyć jakieś słowa. Złapał ją za rękę i zaczęli wychodzić pod surowym okiem bibliotekarki. Gdy tylko wyszli na zewnątrz ustali i spojrzeli po sobie, po chwili zaczęli się śmiać. 
- Widziałeś jaki miała wzrok? Czułam się jak mała dziewczynka, którą przyłapali rodzice. - patrzała to na niego, to na bibliotekę. Widział w jej oczach błysk, który go intrygował.
- Lepiej chodźmy, zanim wypuści na nas jakieś bestie. - uśmiechał się mówiąc to.
- Ale, ale książka..
- Mówisz o tym. - wyjął z torby książkę i nią pomachał - zabrałem ją, pożyczyłem - poprawił się widząc jej wzrok i znowu schował. Pokręciła głową, widziała podobne zachowanie u Alice.
- Mamy dużo na głowie ostatnio, może dla relaksu zjemy lody? - podążył za jej wzrokiem na budkę z lodami.
- Wiesz, że dawno ich nie jadłem. 
    Powoli poszli w tamtą stronę, jednak obydwoje nie myśleli o lodach, mieli w głowach to co było w bibliotece. Bonnie zamówiła swoje ulubione truskawkowe lody, a Merlin nie mógł się zdecydować na jeden konkretny smak. W końcu mulatka zamówiła za niego czekoladowo-migdałowe. Szli przed siebie jedząc lody, śmiejąc się przy tym jakby nie było żadnych problemów. Usiedli na ławce przy wielkim drzewie, obserwując przechodniów.
- Zanim spotkałem Alice, myślałem, że nic dobrego mnie już nie spotka. Wszystko się zmieniło dzięki niej. Byłem chłodny i zdystansowany, a ona młoda dzielna i potrafiąca dostrzec dobro w drugiej osobie. Zmieniła mnie, nie ufałem nikomu, potem tylko jej, aż w końcu lód w moim sercu znowu się roztopił. Dzięki niej jestem tu gdzie jestem, jestem kim jestem i mogłem poznać tak utalentowaną i śliczną kobietę...jak ty. - spojrzał na nią tak ciepłym i życzliwym wzrokiem, że się zarumieniła.
- Ja, ja nie wiem co powiedzieć. - zaczęła się jąkać myśląc o tym co przed chwilą jej powiedział.
- Nic nie mów, tylko jedz lody, jeśli nie chcesz mieć ich na sobie. - dopiero zauważyła, że się dość szybko roztapiają. Zaśmiał się widząc, jak szybko je zlizuje z palców. Spojrzała na niego uśmiechając się szeroko. 
- Ubrudziłaś się. - wytarł chusteczka jej nos. Nie mógł oderwać od niej wzroku kolejny raz, czuł jak jej oddech przyspiesza. Tym razem nie chciał dłużej czekać. Pochylił się w jej stronę i delikatnie pocałował. Pragnęła znacznie więcej, pogłębiła pocałunek, chciała by to trwało wiecznie. Czuła jakby, unosiła się co najmniej trzy metry nad niebem. Gdy się od siebie oderwali, wciąż ciężko oddychali. Potarł nosem jej nos i spojrzał w oczy. 
- Jesteś... - zaczął, jednak przerwał mu dzwoniący telefon. Odsunął się lekko od niej i wyjął telefon.
- Nie sądziłam, że używasz telefonu.
- Bo nie używam, Regina się uparła żebym go miał w razie potrzeby. 
- Odbierzesz? - spytała w końcu widząc jak patrzy na telefon. Spojrzał na nią wzrokiem prosząc o pomoc, uśmiechnęła się kręcąc głową. - Zielony, przystawiasz do ucha i rozmawiasz. 
Zrobił tak jak mówiła, jak tylko to zrobił od razu odsunął telefon od ucha i się skrzywił. Regina zaczęła krzyczeć, tak głośno, że nawet Bonnie ją słyszała. Po chwili przyłożył telefon znowu do ucha.
- Wykrzyczałaś się?...Wiesz, że nie umiem obsługiwać telefonu...jestem gdzie jestem, miałem coś do zrobienia..- zerknął na Bonnie, która zaczesała włosy za ucho. - ...dobrze Regino spokojnie, już idę. Jak to się wyłącza? - mulatka wzięła telefon i wcisnęła czerwony przycisk. 
- Coś się stało? - twarz czarownika wyrażała teraz niepokój. Wstali z ławki i szybko podążyli w stronę domu Tylera.
- Coś zaatakowało Snow. - zdołał tylko tyle powiedzieć. 

                                   

                         Salon Lockwoodow 

   Siedzieli w salonie i ciągle rozmawiali o dziwnej bestii, która zaatakowała Snow. Matka Alice nie mogła wyrzucić z głowy myśli, że skądś zna tą bestię. Te kryształowe ciemne oczy, które lśniły lekką czerwienią, zatrzymały się tuż przed ostatnim ruchem zębów. Czas się zatrzymał, bestia się zatrzymała. Były tylko one, jakby nie było Reginy, która rzucała magią w tą dziwną postać. Chciała dotknąć twarzy, ale bestia nagle się wycofała i uciekła. Teraz siedziała w ciszy odtwarzając w kółko tą samą scenę. Nagłe otwarcie drzwi wyrwało ją z zadumy. Do salonu wszedł Merlin, a za nim Bonnie.
- To co to za bestia? - spytał zerkając na Snow.
- Miała czarne całe ciało, zęby długie i ostre, czarno-czerwone oczy... - zaczęła wymieniać pogrążona w myślach - ciało miało jak ludzkie.
- Tylko bardziej zniekształcone. - dodała Regina, która się przyglądała czarownikowi i mulatce, którzy co jakiś czas zerkali na siebie z uśmiechem. 
- Jak mniemam jej nie zabiliście, to jak się jej pozbyliście? - oderwał niechętnie wzrok od Bonnie po raz kolejny. 
- Samo uciekło.- powiedziała twardym głosem Regina, czym przykuła uwagę czarownika.
- Mógłbyś może zbadać tą swoją magią co to było? - ręką wskazała drogę na zewnątrz domu. Czarownik wyczuł jej napięcie i wstał od razu. Podążył w ślad za Reginą rzucając przez ramię spokojne spojrzenie w stronę Bonnie, która wyczuła napięcie czarnowłosej. 
Czarownik wyszedł pierwszy na zewnątrz i machnął ręką w powietrzu, wyczuwając silną magię.
- Mi się wydaje, że już nie pamiętasz o klątwie? - skrzyżowała ręce i patrzyła uważnie na każdy ruch Merlina. Stał odwrócony do niej plecami, złapał większy oddech.
- Nie zapomniałem. - westchnął i się do niej odwrócił. 
- Doprawdy? Widzę co się między wami dzieje i wiem, że chcesz tego, ale wiem też, że nie chcesz jej zranić. - dodała ze smutkiem - Musisz to zakończyć albo stanie się coś złego znowu.
- Wiem, ale nie wiem jak to zrobić. W swoim długim życiu byłem zakochany tylko raz, teraz po raz drugi. 
- Klątwy są do dupy. - zaśmiała się, a jej rozmówca dziwnie na nią spojrzał - Sama osobiście stworzyłam kilka.
- I wszystkie zostały złamane, a moja trwa wieki. Próbowałem wielu sposobów...
- Może nie wszystkich. - wcięła mu się w słowo - Posłuchaj, jednego co się nauczyłam przy bohaterach to to, że nigdy  nie wolno tracić nadziei. - uśmiechnęli się  porozumiewawczo.
- Nie wiem skąd przybyło to stworzenie... - machnął ręką w kierunku, w którym były ślady magiczne bestii. - ...ale mogę rzucić zaklęcie ochronne, będziemy ostrzeżeni, jeśli bestia się zjawi w promieniu kilometra.
  Wstał otrzepując spodnie. Czarnowłosa tylko kiwnęła głową i ruszyła w stronę domu, zerkając przez ramię na zamyślonego czarownika. Rzucając zaklęcie starał się wyrzucić obraz śmiejącej się czarownicy z głowy, jednak im bardziej się starał, tym gorzej mu szło.
                  Samochód Damona 


      Jechali w ciszy samochodem, nie chciała z nim rozmawiać i tylko spogladala przez okno. Na dwie godziny przed powrotem się poklocili , właściwie o błahostki. Zamknęła się na godzinę w łazience ,nie dając przy tym znaku życia. Nie wiedziała że tyle czasu upłynęło jej będąc w łazience. Teraz czuła na sobie jego spojrzenia, ale nie odzywala się ani słowem. Sama nie była pewna dlaczego wciąż jest na niego zła. Czula sie dziwniej niż ostatnio, ale zagluszala tą myśl. Odkąd Will powiedział mu by uważał na nią, ten miał ją na oku praktycznie cały czas. Był sam na siebie zły, że pozwolił jej być samej na kilka minut. Mogło coś się stać, ale na szczęście tak się nie stało. Zerknal na nią znowu, miał taką nadzieję że nie jest jeszcze z nią źle. 
- Przepraszam, wiem że nie powinienem na ciebie krzyczeć. - zabrał głos nie mogąc wytrzymać ciszy.
- spoko. - odparła i dalej milczala. Nie chciała rozmawiać z nikim nie w tej chwili. To co się dowiedziała od Kaia ją przerazilo. Musi odzyskać sztylet od tej dziewczyny, jego siostry. Po kilku godzinach dojechali do domu , wysiedli nadal w całkowitej ciszy.
- Damon? - spojrzał na nią a ona nie dając mu chwili na odpowiedź przyciągnęła do siebie i pocalowala. - Kocham cię.
- Ja ciebie też. - weszli do domu uśmiechnięci. Jednak ona wciąż miała w głowie słowa Kaia. Jak tylko weszli do domu zobaczyli stojące przy drzwiach walizki.
- Co tu się dzieje? - spytał i weszli do salonu gdzie zastali Stefana i Elene pijacych wino.
- Chyba w czymś przeszkadzamy. - odparła Alice z uśmiechem.
- Wręcz przeciwnie , musimy wam coś powiedzieć. - zaczął Stefan, a oni usiedli obok nich na sofie.
- Nie mów że jesteś w ciąży. - mruknął Damon z uśmiechem.
- Zabawne , nie jestem. Dostałam się do stanowej uczelni w Georgii - powiedziała Elena - a to wiąże się z przeprowadzką.
- Gratulacje - Alice wstała i przytulia Elene.
- W końcu będziecie mieć dom dla siebie - odparł Stefan, który pomachal brwiami.
- Dzięki braciszku za te poświęcenie. - powiedział z ironią starszy. - to kiedy wyjedzacie?
- Jutro rano... - zaczęła Elena i usłyszeli otwierane drzwi. Do salonu wszedł Ric.
- Dobrze że was zastałem razem. - usmiechnął się. - Muszę wam coś powiedzieć.
- Dziś każdy chce coś powiedzieć - przewrócił oczami starszy Salvatore za co dostał kuksanca w bok.
- Coś się stało ? - spytała go Elena.
- Wyprowadzam się, dostałem pracę w Georgii na uniwersytecie.- Damon klasnał w dłonie.
- Oni też tam jadą. - mruknął wskazując Eleme i Stefana. 
- Dostałam się na ten uniwerek, więc pewnie znowu będziesz mnie uczyć. - mowila z uśmiechem gilbertowna i nalała dla niego wino. 
- To za nowe początki - wznieśli toast stukając się kieliszkami. Cały wieczór spędzili wspominając każdy moment każdą przygodę jaką  przeżyli razem. Damon nie chciał teraz zawracać głowy żadnemu z nich swoimi problemami. W końcu i tak by nie pomogli rozwiązać przyczyny dziwnego zachowania Alice. Odkąd wróciła do żywych zaczęły się dziać coraz dziwniejsze rzeczy. Teraz będą musieli stawić czoła bez pomocy Eleny, Stefana czy Alaricka. 

           

                         Ogród za domem Bonnie


    Kolejnego dnia słońce było za chmurami ,jakby zwiastowalo coś złego. Czarownik wiedział co musi zrobić. Nie będzie mu łatwo powiedzieć jej tego, że rezygnuje. Zaczęło mu ma niej zależeć, dlatego musi postąpić w ten sposób. Zobaczył ją ćwiczącą w pełnym skupieniu. Po kilku minutach obserwacji ruszył ku niej. 
- Coraz lepiej ci idzie! - krzyknął zbliżając się do niej. Podskoczyla obracając się w jego stronę. 
- Nie musiałeś mnie straszyć. - nie umiała być zła na niego za to i się uśmiechnęła - Spozniles się. 
- Ja?? Nie możliwe... - pokrecil głową i spojrzał po rękach - wybacz nie mam zegarka. 
- Zawsze mogłeś spojrzeć w telefon. - wytknela mu - Możemy dziś ...
- Musimy porozmawiać. - wcial jej się w słowa, od razu wyczuła, że coś się stało. Całe ciało się spielo w oczekiwaniu na to co chce jej przekazać.
- Mówiłem ci kiedyś, że to moja wina. Z tą sytuacją, z Sharon. - pokiwała głową widząc jego konsternacje - Poznając różne światy, natknąłem się na nią. Widziałem ją przechadzającą się po placu targowym. Była taka piękna, jej włosy ślicznie mieniły się w słońcu niczym miód. Mimo wiedzy o klątwie chciałem ją poznać. Mówiłem sobie, że to tylko chwila, jednak chwila zamieniła się w dnie potem tygodnie. Pokochałem ją, a ona mnie. Po kilku tygodniach zaczęła się zmieniać, więcej się kłóciliśmy, kradła, aż w końcu kogoś zabiła. - Spojrzał znowu w oczy czarownicy, które wyrażały przerażenie. - W sercu został jej tylko głód zła, które zmieniło je w lód. Włosy przybrały jaśniejsza barwę, jak lód, który pokrył jej serce. Nie było w niej osoby, którą poznałem. 
- Sharon mówiła, że ojciec Alice ją porzucił. 
- Spotkała księcia parę razy, uratował ją. Próbowałem ją poznać jako ja, ale ona nie zwracała na mnie uwagi. Wtedy nie myślałem, zmieniłem się w księcia. Chciałem tylko przez chwilę z nią porozmawiać.
- A wyszło inaczej. - złapała go za rękę.
- Nie chcę dla ciebie takiego życia. Jeśli tego nie przerwę, to zmienisz się jak ona. Jesteś młoda, silna i bardzo piękna...
- Nie mów mi tylko, że spotkam kogoś lepszego. - przerwała mu szybko, a on uśmiechnął się słabo. - Lepiej będzie, jak nie będziemy się spotykać. Rozmawiałem z Regina, ona cię przeszkoli dalej, jeśli oczywiście chcesz. 
- Musi istnieć jakiś sposób na przerwanie tej klątwy. - w jej oczach czaiły się łzy, ale nie pozwoliła, żeby wypłynęły. Pokręcił tylko głową i spojrzał w dal. 
- Próbowałem już wiele, moja śliczna czarodziejko.
- Znajdę sposób, - spojrzał w jej zdeterminowane oczy - jestem pewna, że istnieje sposób i go znajdziemy. Ja się nie poddaje.


    Uśmiechnął się szczerze na jej słowa. Nie wierzył w to, ale miał cichą nadzieję, że ona ma rację i znajdą sposób na przełamanie klątwy. Zaczęło mu zależeć na niej, zrobi wszystko by ją chronić. Nachylił się w jej stronę spoglądając w jej brązowe oczy, dotknął wierzchem dłoni jej policzka, a ona przylgnęła do niej zamykając oczy. Rozkoszując jego dotykiem, zbliżył się jeszcze bardziej pocierając nosem o jej nos. Czuła jego oddech na swojej skórze, a potem delikatne muśniecie ust, które zapoczątkowało dłuższy pocałunek. Objął ją w pasie przyciągając jeszcze bliżej siebie, a ona oparła się dłońmi o jego tors. Czuła jak jego język coraz śmielej pieści jej usta. Całowali się tak, że brakło im tchu. W końcu się od niej odsunął spoglądając w jej oczy, pozwalając oddechom stopić się w jedno. Opuścił ręce i zrobił krok w tył. Ona mimowolnie wykonała krok w jego stronę i gdy już chciała coś powiedzieć, usłyszała tylko pstrykniecie i już go nie widziała. Rozejrzała się dookoła rozkojarzona i głęboko westchnęła. 



                    Salon Lokwoodow

   Wszyscy siedzieli w salonie i wysluchiwali tego co ma do powiedzenia Liv. Wszystko zaczynało się powoli układać w logiczną całość. Kai jest znacznie potezniejszy odkąd ma sztylet, dlatego teraz muszą połączyć siły żeby go pokonać. Alice jako jedyna chciała zabić Liv za to co mówi. Z każdym kolejnym zdaniem nie mogła już wytrzymać, aż w końcu krzyknęła. Czym zwróciła uwagę każdego.
- Alice? - matka do niej podeszła jednak ta ciągle patrzyła na Liv.
- Kłamiesz... Kłamiesz... - podeszła do niej - Kai mówił mi o tobie, wyslaliscie go do tamtego świata bo chciał zrezygnować i uratować siebie i waszą starszą siostrę przed tą walką między blizniakami.
- To on kłamie. - blondynka na nią patrzala z niedowierzaniem.
- Chcesz zabić każdego ...nas...rodzinę...masz sztylet...- Alice ciągle mówiła robiąc małe kroki w jej stronę - to ciebie trzeba się pozbyć nie jego.
- Alice co ty wygadujesz? - ojciec nie wiedział co się dzieje podobnie jak reszta.
- Prawdę. - szepnela z chęcią mordu.
- Wypral jej mózg. - powiedziała Liv, która zaczęła się cofać. W tym momencie Alice ja zaatakowała, blondynka odrzuciła ją mocą tak że upadła wprost na ścianę. Powoli wstała i spojrzała na każdego a potem na swoje ręce.
- Kochanie...- zaczęła matka, jednak ona uciekła z domu, nie oglądając się za siebie. Damon wybiegł w ślad za nią. Było już dość ciemno , ulice były oswietlane przez lampy. Dogonił ją po chwili, złapał ją za ramię.
- Zostaw mnie. Zostaw!!! -krzyknęła odwracając się, odrzucaja go od siebie.
- Pozwól sobie pomóc. - podszedł do niej ponownie, patrząc smutnymi oczami.
- Nie potrzebuje niczyjej pomocy a na pewno nie od kogoś kto mnie nie rozumie! Zostaw mnie! -ruszyła szybkim tempem przed siebie, zostawiając Damona za sobą.
    Po kilku minutach zatrzymała się przed placem zabaw. Usiadła na hustawce i spojrzała w niebo. Hustala się wolno czując lekki wiatr owiewajacy jej ciało.
- Pięknie prawda ?- spojrzała w bok i ujrzała Kaia na hustawce obok.
- Tak i to bardzo. - jej głos brzmiał dość słabo i smutno.
- Co się stało ? - złapał ją za rękę.
- Była u nas Liv. - już się domyślal o co chodzi. - Nikt mnie nie rozumie, oni nie rozumieją jak bardzo jest niebezpieczna.
- Zrozumieją , ja ciebie rozumiem. Pamiętaj zawsze masz mnie. - kleknal przed nią spoglądając w oczy. Czuła się jakby była pijana. - Teraz wrócisz do domu i odpoczniesz.
   Brzmiało to niczym rozkaz przed wojną. I tak właśnie się czuła. Jakby nadchodzila wielka wojna. Kai wstał z huśtawki i zaraz zniknął, zostawiać ją samą. Masowala skronie, w których czuła pulsujaca krew. Wstała i ruszyła wolno do domu Tylera. Nie wiedziała czemu ale czuła ze moze ufać Kaiowi. Nim się obejrzała była już przed domem. Wzięła głęboki oddech i powoli otworzyła drzwi. Zobaczyła twarze swojej rodziny i przyjaciół ,którzy się jej przyglądali uważnie. Czuła ze jej matka chce coś powiedzieć ale nie chciala tego sluchac i uciekła na górę.
- Ja z nią pogadam. - powiedział Will idąc w ślad za siostrą. Otworzył drzwi do pokoju na górze. Siedziała przy oknie spoglądając w deszcz który pomału zaczynał padać. Usiadł na skraju łóżka obok niej. Złapał ją za rękę.
- Wiem, że coś jest nie tak Will, ale ja ufam jemu. Ufam Kaiowi. - spojrzała na niego - Wiesz, że nie potrafię ufać ludziom i wyczuwam jak coś ktoś ukrywa. Czuje ze on mówi prawdę. - patrzył na nią smutnym wzrokiem a potem pociągnął w swoją stronę.
- Co ty wyprawiasz? -zasmiala się.
- Nie myśl o tym , będziemy się martwić tym jutro. Dawno się nie smialas.
  Zmarszczyla brwi ale już po chwili wiedziała o co mu chodzi. Zaczął ją bezlitośnie łaskotac. Śmiała się tak jak nigdy ,walneła go w bok i mu uciekła. Ganiali się jak małe dzieci po pokojach.


    Snow, David, Regina oraz Merlin i Damona siedzieli i obmyslali co zrobić z Alice. Chcieli jej pomóc bardzo ale nie byli pewni w jaki sposób to mogą zrobić.
- Ty zwiedziles wiele światów masz jakiś pomysł ? - zwróciła się czarnowlosa do czarownika.
- Jeśli mielibyśmy możliwość dostania się do innych światów to tak, ale musimy korzystać z tego co mamy tutaj.
- To już wiemy -powiedziała z ironią Regina.
- Może matka pierwotnych wampirów coś by wiedziała - zabrał głos Damon - miała mnóstwo ksiąg. - rozejrzal się po twarzach swoich rozmówców.
- To już jest jakiś punkt zaczepienia. - powiedziała Snow z nadzieją. Usłyszeli głośny śmiech Alice i Willa. Śnieżka także nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- Wampir od ciebie się bardziej na coś przydał. - mruknela Regina lubiła mu dogryzac. Merlin już miał coś powiedzieć ale nagle usłyszeli głośny krzyk Willa a potem huk przewracanych rzeczy. Wszyscy wstali i szybko ruszyli na górę. Will stał na korytarzu sapiąc i patrząc w głąb pokoju.
- Co się stało ? - spytał ojciec, ale zaraz już wiedział o co chodzi. Alice szła w ich stronę w powolnym tempie, głowa się jej dziwnie przekrecala na boki. Skóra zaczęła przybierać ciemną barwę, stawiała krok za krokiem. Wydając z siebie przeróżne dźwięki. W końcu ustala zaledwie kilka kroków od nich. Ciało miała pokryte luskami, skręciła głową tak że spojrzała w wiszące lustro. Potem powoli znowu na nich spojrzała.
- To ta bestia. - powiedziała Snow nie dowierzając.



                   Kryjówka Kaia


   Siedział i czytał księgę bawiąc się trzymanym w dłoni długopisem. Słuchał muzyki i pstrykal nim w rytm stukajacego deszczu. Było dużo zaklęć , szczególnie interesowały go takie, które potrafią  przywrocic  życie. Zjadł ciasteczko leżące na biurku po czym wstał i klasną w dłonie strzepujac resztki okruszkow. Wstał i podszedł do trumny, przyjrzal się malowanym na niej wzorom i  otworzył ją. Zatrzymał wzrok na ciele. 
- No braciszku, nie chciałeś ale i tak do mnie dołączysz. - uśmiechnął się szatansko i po chwili znowu zamknął trumnę. Krecila go rzadza wladzy, chciał się nie tylko zemścić na rodzinie ale też zrealizować swój wcześniejszy plan niszczenia wszystkiego.