sobota, 23 lipca 2016

Rozdział 21

   
  Trochę, a raczej bardzo zaniedbałam wszystko w pisaniu. Ale teraz zebrałam siły i piszę dalej :). Mam nadzieje, że moje wypociny się nadal podobają i ktoś zechce dalej czytać.

``````````````````````````````````````````````````````````````````



                  Domek w lesie

     Cały klan obradował nad decyzjami dotyczącymi powrotu Kaia. Luke czekał na zewnątrz budynku i rzucał kamienie do małej kałuży. Rozmyslal nad tym ze razem z Liv muszą stoczyć pojedynek na śmierć i życie. Nie chciał tego, nie chciał sam ginąć ale też nie chciał zabijać Liv. To bylo nie fair w stosunku do żadnego z nich. Podniósł kolejny kamień i rzucił nie patrząc. Tym razem nie usłyszał chlupniecia ani też odgłosu spadania. Spojrzał w górę i zobaczył przed sobą Kaia, który mocą utrzymywał kamień w powietrzu. Luke natychmiast wstał gotowy do walki.
- Nie tak nerwowo braciszku. - uśmiechnął się jak szaleniec.
- Czego chcesz? - przygladal się jak jego starszy brat spokojnie podchodzi do niego.
- chciałem wpaść z wizytą spytać co nowego. W końcu nie widzieliśmy się tyle czasu.
- Czego chcesz Kai? - tym razem już wypowiadał słowa bez lęku.
- Od razu do rzeczy. No dobrze, potrzebuje księgi zmarłych.
- Myślisz że klan ci odda najważniejszą księgę?
- Tak, bo inaczej każdy zginie... - drzwi się otworzyły i na zewnątrz wyszedł ich ojciec, który od razu rzucił zaklęcie w stronę Kaia. Ten tylko delikatnie je odrzucił w stronę drzew, które pekly w połowie.
- Też się cieszę tato. - po kilku sekundach z domu wyszli inni. - Każdego zdarze usciskac ,nie martwcie się o to. - nagle koło niego pojawiła się jakaś bestia z wyglądu przypominajaca człowieka. Tylko miało szpiczaste uszy, dłuższe zęby, ciało pokryte czarno-brązowymi luskami. Oczy lsnily czerwienią i czernią.
- A to moje nowe zwierzato. Tak to można nazwać. - zawylo głośno - Naprawdę chcecie sprawdzić jej możliwości?
Rozłożył ręce i spojrzał po każdym. Nagle został zaatakowany magią z różnych stron.
- Czyli jednak chcecie. - mruknął i skinal głową  dając znak swojej bestii do ataku. Sam także mocą dusil każdego kto go atakował. Bestia zaczęła mu torowac drogę do domu. Wszedł do domu zabijajac każdego z taką łatwością jakby walczył z mrowkami. Wszedl do domu i dokładnie wiedział gdzie ma szukać księgi. Wyczuwal ją swoją mocą. Po kilku chwilach znalazł ją za małą szafką przy biurku. Wziął ją w dłonie i wciągnął jej zapach.
- Nareszcie. - mruknął i się odwrócił.
- Nie zabierzesz jej. - zobaczył przed sobą swojego ojca.
- Nie radzę żebyś mnie powstrzymywal. - pokrecil głową z lekkim uśmiechem. Do pokoju wpadł Luke, który miał sporo ran na ciele. Przyglądał się im obu.
- może byś się do mnie dołączył ? Pytam po raz ostatni.
- Wolę już zginąć - stanowczo powiedział młodszy z rodzeństwa.
- jak tak bardzo chcesz - wzruszył ramionami, chcial juz rzucić na niego zaklęcie ale ich ojciec go uchronił rzucając tym samym zaklęcie w stronę Kaia, który poleciał na szafkę zrzucajac przy okazji z niej wszystko. Ojciec podszedł do niego wymawiajac zaklęcie. Kai złapał się za głowę nie mogąc się na niczym skupić.
- Tato? - usłyszeli głos Luka, w którym słychać było cierpienie.
Ojciec momentalnie przestał i się odwrócił. Bestia trzymała Luka swoimi dlugimi pazurami za skórę, tak że zaczęła wyplywac krew.
- Luke. - wyszeptal ojciec widząc cierpiącego syna. Kai się już ogarnął i stał znowu pełny sił. Zamroził ojca by ten się przyglądał Lukowi.-  Puść go, proszę.
- Jeśli mnie ty wypuscisz, razem z księgą w spokoju  - odparl Kai. Ojciec  spojrzał na młodszego syna przerpraszajaco - Wybierasz księgę niż syna. Nie czuję się zaskoczony , zawsze rodzina stała na drugim miejscu. - pstryknal palcami i bestia zatopila swoje kły w szyi Luka.
- Naprawdę tatusiu jesteś wspaniały. - po chwili już go nie było. 
   Siedział i kartkował  księge w swojej kryjowce. Bestia się mu przygladala siedząc niczym pies wpatrujaca się w swojego pana.
- Dobrze się spisalas kochana. - pogladzil ją po policzku. - Niedługo nie będziesz musiała zmieniać się w taką bestię i do mnie dołączysz. Twoje serce już jest moje. Tylko ja ciebie rozumiem, nikt inny cię nie rozumie. Zapamiętaj to. - ucalował ją w czoło. Zamruczala niczym kot i uciekła przez otwarte okno, wpuszając więcej wiatru do pomieszczenia.



                     Ogród Bonnie

  Siedziała na trawie po turecku z zamkniętymi oczami. Wsłuchiwała się w odgłosy dobiegające z ogrodu. Liczyła każdy oddech, próbowała się skupić tak jak to uczył ją Merlin. Wdech i wydech, powtarzała sekwencję po raz enty.
- Nie potrafię tak. - ze złości rzuciła kamieniem, nie patrząc gdzie trafi.
- Auć! - usłyszała krzyk i się poderwała na nogi. Przed nią stał Merlin i masował sobie czoło.
- Przepraszam, nie chciałam w ciebie trafić. - patrzała na niego przepraszająco. Spojrzał na nią i powoli się uśmiechnął. Wyglądała jak mały przerażony szczeniak, jakby bała się, że odejdzie i nie będzie jej uczył. Nagle zaczął się coraz głośniej śmiać, na co mulatka odpowiedziała szerokim uśmiechem.
- Musiałabyś się mocno natrudzić, żebym się obraził za takie atakowanie. - skrzyżował ręce - Coś ci chyba nie szło, skoro mnie atakujesz.
- Nie mogę się skupić. - rozłożyła ręce bezradnie.
- Coś ci zaprząta umysł, o co chodzi? - zbliżył się do niej patrząc uważnie. - Mogę ci pomóc tylko muszę wiedzieć o co chodzi.
   Jego kocie oczy się zwęziły, czym ją hipnotyzował. Wstrzymała oddech na kilka sekund dłużej. Poczuła ciarki na całym ciele, co nie uszło uwadze czarownikowi. Potrząsnęła lekko głową i zrobiła krok w tył.
- Chodzi o sztylet, który ma ten cały Kai. Jest czarownikiem i pewnie ma dużo większą moc niż moja...
- I pewnie większą niż ja. - uciął jej i spojrzał w niebo - Wiesz ile razy walczyłem z przeciwnikiem, który jest ode mnie potężniejszy? - pokręciła głową wyczekując odpowiedzi, zerknął na nią. - Sam dokładnie nie umiem odpowiedzieć, ale bardzo często mierze się z lepszymi od siebie.
Podszedł do niej i wskazał na swoje blizny na rękach. Lekko się odznaczały bielą, były krótkie jak i dłuższe. Bonnie powędrowała opuszkami palców wzdłuż nich.
- To blizny po tych walkach? - spojrzała mu w oczy, a on tylko przytaknął - Jak...jak ty ...
- Przeżywam? - potwierdziła kiwnięciem, a on dotknął palcem jej czoła - Przede wszystkim skupienie. Skupienie na tym co robisz, skupienie na ruchach przeciwnika i ich wyprzedzaniu. A jeśli walczysz w zespole, to pełne zaufanie do każdego w drużynie. Nie jesteś i nie będziesz sama Bonnie, masz przyjaciół, którzy cię wesprą i pomogą. Masz też mnie, wiem niezbyt to pocieszające.
   Uśmiechnął się szeroko, na co się zaśmiała. Widział w jej oczach blask, którego dawno u nikogo nie widział.
- Nie jesteś taki zły. Może zanim dalej będziemy ćwiczyć... - przystanęła z nogi na nogę, przegryzając wargę - ...masz ochotę na ciasto?
   Nie mógł się ruszyć, pierwszy raz od setek lat był tak zafascynowany drugą osobą. Przy niej czuł się jakby miał znów te kilkanaście lat, mógł być całkowicie sobą bez udawania. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że go o coś pytała. Na co mulatka tylko pokręciła głową ze śmiechem i pociągnęła go do domu.


                     Domek nad jeziorem 

   Alice obudziła się objęta ramieniem ukochanego wampira i zerknęła na niego przez ramię. Pierwszy raz od dawna mogła spokojnie się polenić w łóżku. Obserwowała śpiącą twarz Damona, który nie świadomy jej wzroku ciągle spał. Nie mogła się powstrzymać i się nachyliła nad nim lekko muskając jego wargi swoimi. Kiedy chciała się już oddalić poczuła jak jego dłoń na jej plecach przyciąga ją do niego. 
- Już chcesz uciekać? - wypowiedział te słowa tak cicho i dyskretnie jakby ktoś miał ich podsłuchać. Uśmiechał się szeroko niczym kot z cheshire, aż poczuła na swoim ciele dreszcze. Nie sądziła, że będzie tak reagować na tego wampira.
- Czas na śniadanie i... - nie zdarzyła skończyć, kolejny raz poczuła jego gorące wargi na swoich. Przewrócił ją tak, że teraz on górował nad nią. 
- Ty jesteś moim śniadaniem. - Nie mogła się powstrzymać od śmiechu, przyciągnęła go do siebie. 
- Mam się zacząć bać? - zbliżył do niej swoją twarz obnażając kły.
- Być może. - palcami dotknął jej szyi wyczuwając puls - Twoja przepyszna krew śpiewa, żeby jej spróbować.
- To zrób to. - powiedziała z uśmiechem odgarniając włosy, ukazując tym samym śnieżno białą szyje.
- Lepiej mnie nie prowokuj, bo naprawdę to zrobię. Nie jadłem nic.
- Ja nie żartuję - spojrzała prosto w jego błękitne oczy - i mnie w ten sposób nie krzywdzisz, bo tego chce. Co innego jakbym nie chciała, ale chce - objęła nogą jego biodro i przyciągnęła bliżej - a mi się to podoba. Nie chcę żebyś się hamował, nie przy mnie. Nie chcę drugiego Stefana, chce ciebie. Takim jakim jesteś.

    Gdy tylko wypowiedziała ostatnie słowa, pobudzony jej słowami zaczął ją namiętnie całować. Schodził ustami w dół po szyi, aż poczuł coraz bardziej pulsujące tętno. Nie chciał od razu wbijać  kłów w jej szyję. Chciał się troszkę pobawić, zassał jej skórę robiąc malinkę. Spojrzał na jej twarz, która okazywała niecierpliwienie. 
- Myślałaś, że cię naprawdę ugryzę. - zaśmiał się klęcząc nad nią.
- Wiesz, jesteś nie możliwy - podparła się na rękach patrząc prosto w jego oczy - ja ci daje ... - przycisnął ja do łóżka całym sobą.
- Nie musisz, bo już dawno jesteś moja. - uśmiechnął się szczerząc zęby, to samo zrobiła ona. Nie minęła minuta i zanurzył swoje kły pijąc jej słodką gorącą krew. Czuła lekki ból, ale zagłuszało go podniecenie, które w niej rosło.


                       Mystic Grill


   Siedzieli obok siebie przy stoliku w Mistic Grill. Pirat pił już trzecią szklankę whisky, a Regina ciągle się meczyla się z jedną. Krążyła palcem po powierzchni szklanki i rozmyslala o swoim życiu. Hook zagwizdal tym samym zwracając uwagę kelnerki ma siebie.
- Nie masz dość? - mruknela zamyslona.
- Nie mają rumu, to muszę jakoś przeżyć z tym. - wskazał na szklankę , która znowu napelnila kelnerka.
- Nie to miałam na myśli. - spojrzał na nią uważnie - Emma wybrała Nilla, a Alice Damona...
- Dzięki za przypomnienie. - wypił jednym chaustem całą zawartość szklanki.
- A jednak masz dość. Przez to że jesteśmy zloczycami to nie możemy mieć szczęśliwego zakończenia. - znowu bawiła się szklanką.
- Zarówno Emma jak i Alice, mówiły ze każdy spotka swoje szczęście. Myślałem że to jedna z nich, ale oczywiście się jak zwykle mylę.
- Ty chociaż spotkales kogoś takiego , kto mógłby być twoją drugą połówką. - wypiła całą szklankę tak jak wcześniej Hook.
- Zuch dziewczyna! - klasnal w dłonie - Lubię cię jeszcze bardziej. - usmiechneli się do siebie i zamówili kolejną kolejkę.
   Po jakieś godzinie oboje byli już pod większym wpływem. Regina co prawda wypila mniej niż pirat, ale i tak jej się troche kręciło w głowie. Hook już chciał kolejny raz zagwizdac, ale czarnowlosa go powstrzymala. 
- Mieliśmy pić. - wyszarpujac lekko rękę.
- i to zrobiliśmy, a teraz wracamy do domu. No już wstawaj. - powoli wstała, jednak musiała się podtrzymać na wszelki wypadek.
- Ja jeszcze nie skończyłem mamo. - podniósł rękę wolajac tym kelnerke, która już wiedziała co ma podać.
- Skończyłes, dziękujemy już pani. - odgonila młodą dziewczynę, na którą pirat ciągle spogladal.
- Ejj co ty wyprawiasz... - nie zdarzył dokonczysz, bo w tym momencie Regina go postawiła na nogi. Pomagając sobie magią. Trzymała go za ramię i skierowała do wyjścia. Szli tak kilka minut w kompletnej ciszy, którą tylko przerwywalo głębokie pijackie oddychanie pirata. 
- Wiesz co ja myślę ? -zagadną ją patrząc uważnie na drogę. Czuł jak każda najmniejsza nierówność na drodze może zachwiac jego równowagę.
- Że nie wiesz gdzie znaleźć swój mózg? - spytala sama uważając jak idzie.
- Bardzo zabawne, gdybym mógł to już bym z tobą walczył. - czkawka zaczęła mu dokuczac.
- Gdybyś nie był zalany w trupa to może miałbyś ze mną jakieś szanse. - nie miała już siły żeby iść a musiała jeszcze trzymać tego pajaca w pionie. Chciała się już położyć w ciepłym łóżku. Nagle poczuła szarpniecie i dopiero zauważyła że to Hook ją zatrzymał. 
- Zaraz będziemy w domu, jeszcze kilka kroków. - wskazała dom niedaleko nich. 
- Wiem, że to nie odpowiedni czas...- zaczął a ona tylko zmarszczyla brwi.- ty chcesz szczęśliwego zakończenia...Ja też chcę...dlaczego więc nie spróbować go znaleźć razem? Jestem pijany owszem, ale wiem co mówię Regino. To nie jest pijacki bełkot. - zrobił krok w jej stronę, powolnym ruchem zaczesal kosmyk jej włosów za ucho. Czarnowlosa była zbyt zaskoczona, żeby cokolwiek powiedzieć czy choćby się poruszyć. Bezustannie patrzył w jej oczy i delikatnie się nachylil chcąc ją pocałować. W ostatnim momencie go odepchnela rękoma, aż ten się zatoczyl i omal nie upadł.
- Do reszty zwariowales! Nie probój tego nigdy więcej. - zagrozila i wskazała na niego palcem.
- Ale...- uniósł dłoń jednak szybko ją zaraz opuścił porażony małą częścią mocy czarownicy. 
- Żadnego ale. Myślisz że jestem taka głupia by w to uwierzyć?! Latałes za Alice jak pies, wierny jak nikomu innemu. I teraz mam uwierzyć w to co mówisz? - pokrecila głową i skręciła w stronę domu. - Poradzisz sobie sam dalej. 
Szła szybkim krokiem stukajac obcasami.Nie mogła uwierzyć ze to zaproponowal. Była wewnętrznie zła jak i rozbita na tysiące kawałków, ale musiała poradzić sobie z tym szybko. Czekały ją przeciez wazniejsze sprawy. Otworzyla drzwi I zobaczyła Snow, ktora juz chciała się czegoś od niej dowiedzieć. 
- Nie teraz, Snow. Radzę sobie. - Oparła się plecami o ścianę i zamknęła oczy. Oddychala wolno i głęboko. Starała się wyrzucic z głowy to co jej powiedział pirat. 
- Widzę właśnie jak radzisz. - skrzyzowala ręce. - Regino, wiesz że mozesz ze mną zawsze porozmawiać o wszystkim.
- Teraz jest waznieszy powrót do domu. Moje potrzeby nie są teraz istotne. - spojrzala na Sniezke i w tym momencie poczuła się źle. Ona miała męża, dzieci, była szczesliwa po prostu. Teraz ma ciężkie chwile ale ma bliskich na których może polegać. W przeciwieństwie do złej królowej, jak nazywała samą siebie Regina. 
- Zawsze jest dobry moment żeby rozmawiać o tym co nas trapi. - zaczęła Śnieżka i poklepala miejsce na kanapie obok siebie. Czarnowlosa nie była pewna czy chce wylewać swoje żale i niepewności właśnie teraz. Mimowolnie ruszyła w jej kierunku i usiadła obok. Możliwe że to nie był dobry moment ale na pewno najlepsza osoba, której mogła powiedzieć wszystko. I tak właśnie zrobiła, nie patrzyła jednak swojej rozmówczyni prosto w oczy. Nie miała siły by zobaczyć w nich swój własny smutek. 



                   
                    Jeziorko 

    Po kilku godzinach w południe, chodziła przy jeziorze. Damon obiecał zrobić pyszny obiad jak to powiedział ,,obiad godny królowej,, i żeby się czymś zajęła. Dał jej do czytania  w pokoju jakieś ksiazki pokazujące ten świat. Jednak się szybko tym znudziła i wyszła ma zewnątrz. Podziwiała widok na jezioro przypominając sobie morza swojej krainy. Zabawne, gdyby nie Sharon to nie poznała by człowieka, którego kocha. Zerknęła w stronę domku wyobrażając sobie, jak Damon nie radzi sobie z gotowaniem. Zrobiła krok w kierunku domu, ale już nie wykonała kolejnego. Czuła jak każda część jej ciała została nieruchoma, chłód owiał jej całe ciało.
  Czuła dosłownie każde uderzenie swojego serca, a potem trzask łamanej gałęzi. Nie potrafiła odwrócić głowy. Próbowała wypowiedzieć jakiekolwiek słowa, krzyknąć, ale słowa nie wychodziły z jej ust. Zerknęła na swoje dłonie, które zaczęły się pokrywać tatuażami. Zobaczyła Kaia. Podeszła w jego stronę.
- Nie mam dużo czasu. Słuchaj uważnie - kiwnela głową - Liv moja siostra to ona ma sztylet którego szukacie, chce wszystkich zabić. Uważaj.
Chciała coś powiedzieć lecz w tej chwili on zniknął.Usłyszała skrzypniecie drzwi i zobaczyła Damona, który z uśmiechem na nią patrzył.
- Chodź, obiad gotowy moja królowo. - Skłonił się nisko. Zerknęła na swoje ręce i szybko potarła dłonią po drugiej ręce. Mogła się ruszyć, a tatuaże zniknęły. 
- Alice, wszystko w porządku? - zszedł do niej po schodkach.
- Tak, w jak najlepszym. - uśmiechnęła się sztucznie i złapała go za rękę. Weszła z nim do domu, wciąż mając w głowie to, co się wydarzyło. Robiło się coraz dziwniej. 




                  Park przy Mystic Grill


      Tyler czekał na blondynke przy parku w barze Mystic Grill. Mieli się spotkać po raz kolejny. Czuł że coś jest nie tak z nią. W jakiś sposób czuł ze coś ukrywa. Nagle zobaczył jak idzie powoli w jego stronę. Uśmiechnął się lecz ona tego nie odwzajemnila. 
- Hej, coś się stało ? - spytał ją gdy już byli obok siebie. 
- Nie możemy się więcej spotykać. Miło było. - ruszyła w drogę powrotną lecz Tyler zaraz ją zatrzymał. 
- Dlaczego? Liv, mogę chyba wiedzieć czemu. - spojrzał w jej oczy. 
- To skomplikowane, nie zależne ode mnie. - kolejny raz próbowała odejść, jednak znowu ją powstrzymał. 
- Wiem, że coś ukrywasz przede mną... - wywrocila oczami i chciała już zadać cięta riposte - ...ja też mam tajemnice. Posłuchaj jeśli coś się dzieje w tym miasteczku to albo chodzi o forsę - zrobił pauze a ona pokrecila głową - albo o coś magicznego. 
- Chyba chory na głowę jesteś. - zasmiala się  
- Nie ale jestem wilkolakiem - momentalnie dziewczyna przestała się smiac - Wiem o każdej magicznej osobie w tym miasteczku. Poza toba, więc możemy porozmawiać czy nadal się upierasz by iść ? -wskazał dłonią w dal. Usiedli razem na ławce,blondynka patrzyła cały czas w przestrzeń a chłopak wpatrywal się w nią w ciszy i czekał aż się odezwie. Westchnela i potarla ręce.
- Jestem czarowmicą, mój brat też nim jest. Gdy skończymy 20 lat tradycją jest walka rodzeństwa którzy są blizniakami między sobą ,wygra lepszy i będzie miał całą moc.
- A przegrany ma jakąś karę czy...
- Umiera. - dokonczyla wciąż na niego nie patrząc, dopiero na niego spojrzała - Zaczelo mi zależeć na tobie, dlatego nie chciałam byś ...
- Zakochał w tobie. - dokończył za nią.
- Tak właśnie. - odwróciła wzrok.
- Nie można jakoś tego obejść? Żeby nikt nie musiał umierać.
- mój dziadek miał wizję zniszczenia świata przez mojego brata.
- Luka? - zaprzeczyla ruchem głowy.
- Drugiego starszego brata. Chciał przejąć władzę w klanie, zniszyc świat. Klan go pokonał i uwiezil w wieziennym świecie, w którym nikgo nie mógł skrzywdzić. Teraz się wydostal jakimś sposobem, jest potężny. Bardziej potężny niż ktokolwiek z klanu, bardziej niż każda inna nadprzyrodzona osoba.
- Jak się nazywa?
- Kai. - na wypowiedziane imię przeszły ciarki po jego ciele. Zaczął się coraz bardziej zastanawiać ,czy ten co ma sztylet może być właśnie jej bratem. Jeśli to prawda co ona mówi o jego mocy , to nie mają nikogo kto może go powstrzymać.
- Liv! - usłyszeli czyjeś wołanie.
- Tata? - wstała i ruszyła w jego stronę, to samo zrobił Tyler.
- Musimy porozmawiać na osobnosci. - powiedział twardym głosem żegnając nerwowo na chłopaka.
- On wie wszystko, o co chodzi ?
- Kai...przyszedł po księgę zmarłych. Zabił większość klanu i... - w jego oczach czaily się łzy, otarł ręką czoło.
- I ? Tato?
- ...Luke...Zabił też Luka. - pokrecila z niedowierzaniem głową. - Razem z resztą ocalałych osób z klanu, mamy nadzieję że przekazana ci moc z pokoleń pomoże go pokonać.
- Zwariowaliscie?! - Tyler nie mógł wytrzymać w ciszy - Chcecie ją wystawić przeciwko najpotezniejszemu czarownikowi?! To szaleństwo!
- Tyler. - mówiła spokojnym głosem patrząc na ojca.
- Niech cały klan stanie przeciwko niemu a nie tylko ona! Boicie się ?!
- Tyler. - dopiero teraz wzrocil na nią uwagę - Klan przekaże mi moc przodków, być może mu dorownam.
- A jak nie? Nie zostawię cię, moi przyjaciele i ja ci pomożemy... - chciała już się sprzeczac - Kai o ile się nie mylę ma sztylet, którego potrzebują moi przyjaciele ,więc to też nasza walka.
- Tylko musicie uważać ma coraz więcej demonów, którzy mu pomagają. - na odchodnym usłyszał słowa jej ojca i razem z nią podazyli w głąb  parku. Potrzebowała ciszy i spokoju by przetrawic wieść o śmierci swojego brata.




                               Biblioteka Mystic Falls 

    Stała przed półką pełną książek, szukając wzrokiem książki, którą potrzebuje czarownik. Jednak myślami wciąż błądziła po jego twarzy. Widziała przed swoimi oczami jego szeroki uśmiech, kocie oczy, które ją za każdym razem hipnotyzują i ten szczery śmiech. Złapała jedną z książek nie przyglądając się jej wcale.
- Masz coś? - podskoczyła słysząc jego głos, aż książka wypadła jej z rąk. Obróciła się łapiąc za serce. - Przepraszam, nie myślałem, że cię przestraszę. 
- Jeszcze żyje. - zaśmiała się uspokajając pędzące serce. 
- To mam szczęście. - nie mogli oderwać od siebie wzroku. Kolejny raz jej serce zaczęło gnać. Zrobił krok w jej stronę, świdrował ją swoim wzrokiem, aż czuła przebiegające dreszcze wzdłuż całego ciała. Nie mogła wykonać żadnego ruchu, czekała, aż to on pierwszy go wykona. Zerknął na jej usta i wypuścił trzymane jak dotąd powietrze. Schylił się będąc coraz bliżej niej. Wierzchem dłoni dotknął jej policzka, zaś opuszkiem kciuka delikatnie smakował miękkość jej ust. Rozchyliła je oddychając coraz ciężej, oparła się rękami o jego tors. 
- Przepraszam to miejsce publiczne, a nie miejsce do całowania. - od razu od siebie odskoczyli słysząc obok siebie bibliotekarkę. 
- Pani wybaczy, już wychodzimy. - głos zabrał czarownik, który w przeciwieństwie do Bonnie mógł z siebie wydobyć jakieś słowa. Złapał ją za rękę i zaczęli wychodzić pod surowym okiem bibliotekarki. Gdy tylko wyszli na zewnątrz ustali i spojrzeli po sobie, po chwili zaczęli się śmiać. 
- Widziałeś jaki miała wzrok? Czułam się jak mała dziewczynka, którą przyłapali rodzice. - patrzała to na niego, to na bibliotekę. Widział w jej oczach błysk, który go intrygował.
- Lepiej chodźmy, zanim wypuści na nas jakieś bestie. - uśmiechał się mówiąc to.
- Ale, ale książka..
- Mówisz o tym. - wyjął z torby książkę i nią pomachał - zabrałem ją, pożyczyłem - poprawił się widząc jej wzrok i znowu schował. Pokręciła głową, widziała podobne zachowanie u Alice.
- Mamy dużo na głowie ostatnio, może dla relaksu zjemy lody? - podążył za jej wzrokiem na budkę z lodami.
- Wiesz, że dawno ich nie jadłem. 
    Powoli poszli w tamtą stronę, jednak obydwoje nie myśleli o lodach, mieli w głowach to co było w bibliotece. Bonnie zamówiła swoje ulubione truskawkowe lody, a Merlin nie mógł się zdecydować na jeden konkretny smak. W końcu mulatka zamówiła za niego czekoladowo-migdałowe. Szli przed siebie jedząc lody, śmiejąc się przy tym jakby nie było żadnych problemów. Usiedli na ławce przy wielkim drzewie, obserwując przechodniów.
- Zanim spotkałem Alice, myślałem, że nic dobrego mnie już nie spotka. Wszystko się zmieniło dzięki niej. Byłem chłodny i zdystansowany, a ona młoda dzielna i potrafiąca dostrzec dobro w drugiej osobie. Zmieniła mnie, nie ufałem nikomu, potem tylko jej, aż w końcu lód w moim sercu znowu się roztopił. Dzięki niej jestem tu gdzie jestem, jestem kim jestem i mogłem poznać tak utalentowaną i śliczną kobietę...jak ty. - spojrzał na nią tak ciepłym i życzliwym wzrokiem, że się zarumieniła.
- Ja, ja nie wiem co powiedzieć. - zaczęła się jąkać myśląc o tym co przed chwilą jej powiedział.
- Nic nie mów, tylko jedz lody, jeśli nie chcesz mieć ich na sobie. - dopiero zauważyła, że się dość szybko roztapiają. Zaśmiał się widząc, jak szybko je zlizuje z palców. Spojrzała na niego uśmiechając się szeroko. 
- Ubrudziłaś się. - wytarł chusteczka jej nos. Nie mógł oderwać od niej wzroku kolejny raz, czuł jak jej oddech przyspiesza. Tym razem nie chciał dłużej czekać. Pochylił się w jej stronę i delikatnie pocałował. Pragnęła znacznie więcej, pogłębiła pocałunek, chciała by to trwało wiecznie. Czuła jakby, unosiła się co najmniej trzy metry nad niebem. Gdy się od siebie oderwali, wciąż ciężko oddychali. Potarł nosem jej nos i spojrzał w oczy. 
- Jesteś... - zaczął, jednak przerwał mu dzwoniący telefon. Odsunął się lekko od niej i wyjął telefon.
- Nie sądziłam, że używasz telefonu.
- Bo nie używam, Regina się uparła żebym go miał w razie potrzeby. 
- Odbierzesz? - spytała w końcu widząc jak patrzy na telefon. Spojrzał na nią wzrokiem prosząc o pomoc, uśmiechnęła się kręcąc głową. - Zielony, przystawiasz do ucha i rozmawiasz. 
Zrobił tak jak mówiła, jak tylko to zrobił od razu odsunął telefon od ucha i się skrzywił. Regina zaczęła krzyczeć, tak głośno, że nawet Bonnie ją słyszała. Po chwili przyłożył telefon znowu do ucha.
- Wykrzyczałaś się?...Wiesz, że nie umiem obsługiwać telefonu...jestem gdzie jestem, miałem coś do zrobienia..- zerknął na Bonnie, która zaczesała włosy za ucho. - ...dobrze Regino spokojnie, już idę. Jak to się wyłącza? - mulatka wzięła telefon i wcisnęła czerwony przycisk. 
- Coś się stało? - twarz czarownika wyrażała teraz niepokój. Wstali z ławki i szybko podążyli w stronę domu Tylera.
- Coś zaatakowało Snow. - zdołał tylko tyle powiedzieć. 

                                   

                         Salon Lockwoodow 

   Siedzieli w salonie i ciągle rozmawiali o dziwnej bestii, która zaatakowała Snow. Matka Alice nie mogła wyrzucić z głowy myśli, że skądś zna tą bestię. Te kryształowe ciemne oczy, które lśniły lekką czerwienią, zatrzymały się tuż przed ostatnim ruchem zębów. Czas się zatrzymał, bestia się zatrzymała. Były tylko one, jakby nie było Reginy, która rzucała magią w tą dziwną postać. Chciała dotknąć twarzy, ale bestia nagle się wycofała i uciekła. Teraz siedziała w ciszy odtwarzając w kółko tą samą scenę. Nagłe otwarcie drzwi wyrwało ją z zadumy. Do salonu wszedł Merlin, a za nim Bonnie.
- To co to za bestia? - spytał zerkając na Snow.
- Miała czarne całe ciało, zęby długie i ostre, czarno-czerwone oczy... - zaczęła wymieniać pogrążona w myślach - ciało miało jak ludzkie.
- Tylko bardziej zniekształcone. - dodała Regina, która się przyglądała czarownikowi i mulatce, którzy co jakiś czas zerkali na siebie z uśmiechem. 
- Jak mniemam jej nie zabiliście, to jak się jej pozbyliście? - oderwał niechętnie wzrok od Bonnie po raz kolejny. 
- Samo uciekło.- powiedziała twardym głosem Regina, czym przykuła uwagę czarownika.
- Mógłbyś może zbadać tą swoją magią co to było? - ręką wskazała drogę na zewnątrz domu. Czarownik wyczuł jej napięcie i wstał od razu. Podążył w ślad za Reginą rzucając przez ramię spokojne spojrzenie w stronę Bonnie, która wyczuła napięcie czarnowłosej. 
Czarownik wyszedł pierwszy na zewnątrz i machnął ręką w powietrzu, wyczuwając silną magię.
- Mi się wydaje, że już nie pamiętasz o klątwie? - skrzyżowała ręce i patrzyła uważnie na każdy ruch Merlina. Stał odwrócony do niej plecami, złapał większy oddech.
- Nie zapomniałem. - westchnął i się do niej odwrócił. 
- Doprawdy? Widzę co się między wami dzieje i wiem, że chcesz tego, ale wiem też, że nie chcesz jej zranić. - dodała ze smutkiem - Musisz to zakończyć albo stanie się coś złego znowu.
- Wiem, ale nie wiem jak to zrobić. W swoim długim życiu byłem zakochany tylko raz, teraz po raz drugi. 
- Klątwy są do dupy. - zaśmiała się, a jej rozmówca dziwnie na nią spojrzał - Sama osobiście stworzyłam kilka.
- I wszystkie zostały złamane, a moja trwa wieki. Próbowałem wielu sposobów...
- Może nie wszystkich. - wcięła mu się w słowo - Posłuchaj, jednego co się nauczyłam przy bohaterach to to, że nigdy  nie wolno tracić nadziei. - uśmiechnęli się  porozumiewawczo.
- Nie wiem skąd przybyło to stworzenie... - machnął ręką w kierunku, w którym były ślady magiczne bestii. - ...ale mogę rzucić zaklęcie ochronne, będziemy ostrzeżeni, jeśli bestia się zjawi w promieniu kilometra.
  Wstał otrzepując spodnie. Czarnowłosa tylko kiwnęła głową i ruszyła w stronę domu, zerkając przez ramię na zamyślonego czarownika. Rzucając zaklęcie starał się wyrzucić obraz śmiejącej się czarownicy z głowy, jednak im bardziej się starał, tym gorzej mu szło.
                  Samochód Damona 


      Jechali w ciszy samochodem, nie chciała z nim rozmawiać i tylko spogladala przez okno. Na dwie godziny przed powrotem się poklocili , właściwie o błahostki. Zamknęła się na godzinę w łazience ,nie dając przy tym znaku życia. Nie wiedziała że tyle czasu upłynęło jej będąc w łazience. Teraz czuła na sobie jego spojrzenia, ale nie odzywala się ani słowem. Sama nie była pewna dlaczego wciąż jest na niego zła. Czula sie dziwniej niż ostatnio, ale zagluszala tą myśl. Odkąd Will powiedział mu by uważał na nią, ten miał ją na oku praktycznie cały czas. Był sam na siebie zły, że pozwolił jej być samej na kilka minut. Mogło coś się stać, ale na szczęście tak się nie stało. Zerknal na nią znowu, miał taką nadzieję że nie jest jeszcze z nią źle. 
- Przepraszam, wiem że nie powinienem na ciebie krzyczeć. - zabrał głos nie mogąc wytrzymać ciszy.
- spoko. - odparła i dalej milczala. Nie chciała rozmawiać z nikim nie w tej chwili. To co się dowiedziała od Kaia ją przerazilo. Musi odzyskać sztylet od tej dziewczyny, jego siostry. Po kilku godzinach dojechali do domu , wysiedli nadal w całkowitej ciszy.
- Damon? - spojrzał na nią a ona nie dając mu chwili na odpowiedź przyciągnęła do siebie i pocalowala. - Kocham cię.
- Ja ciebie też. - weszli do domu uśmiechnięci. Jednak ona wciąż miała w głowie słowa Kaia. Jak tylko weszli do domu zobaczyli stojące przy drzwiach walizki.
- Co tu się dzieje? - spytał i weszli do salonu gdzie zastali Stefana i Elene pijacych wino.
- Chyba w czymś przeszkadzamy. - odparła Alice z uśmiechem.
- Wręcz przeciwnie , musimy wam coś powiedzieć. - zaczął Stefan, a oni usiedli obok nich na sofie.
- Nie mów że jesteś w ciąży. - mruknął Damon z uśmiechem.
- Zabawne , nie jestem. Dostałam się do stanowej uczelni w Georgii - powiedziała Elena - a to wiąże się z przeprowadzką.
- Gratulacje - Alice wstała i przytulia Elene.
- W końcu będziecie mieć dom dla siebie - odparł Stefan, który pomachal brwiami.
- Dzięki braciszku za te poświęcenie. - powiedział z ironią starszy. - to kiedy wyjedzacie?
- Jutro rano... - zaczęła Elena i usłyszeli otwierane drzwi. Do salonu wszedł Ric.
- Dobrze że was zastałem razem. - usmiechnął się. - Muszę wam coś powiedzieć.
- Dziś każdy chce coś powiedzieć - przewrócił oczami starszy Salvatore za co dostał kuksanca w bok.
- Coś się stało ? - spytała go Elena.
- Wyprowadzam się, dostałem pracę w Georgii na uniwersytecie.- Damon klasnał w dłonie.
- Oni też tam jadą. - mruknął wskazując Eleme i Stefana. 
- Dostałam się na ten uniwerek, więc pewnie znowu będziesz mnie uczyć. - mowila z uśmiechem gilbertowna i nalała dla niego wino. 
- To za nowe początki - wznieśli toast stukając się kieliszkami. Cały wieczór spędzili wspominając każdy moment każdą przygodę jaką  przeżyli razem. Damon nie chciał teraz zawracać głowy żadnemu z nich swoimi problemami. W końcu i tak by nie pomogli rozwiązać przyczyny dziwnego zachowania Alice. Odkąd wróciła do żywych zaczęły się dziać coraz dziwniejsze rzeczy. Teraz będą musieli stawić czoła bez pomocy Eleny, Stefana czy Alaricka. 

           

                         Ogród za domem Bonnie


    Kolejnego dnia słońce było za chmurami ,jakby zwiastowalo coś złego. Czarownik wiedział co musi zrobić. Nie będzie mu łatwo powiedzieć jej tego, że rezygnuje. Zaczęło mu ma niej zależeć, dlatego musi postąpić w ten sposób. Zobaczył ją ćwiczącą w pełnym skupieniu. Po kilku minutach obserwacji ruszył ku niej. 
- Coraz lepiej ci idzie! - krzyknął zbliżając się do niej. Podskoczyla obracając się w jego stronę. 
- Nie musiałeś mnie straszyć. - nie umiała być zła na niego za to i się uśmiechnęła - Spozniles się. 
- Ja?? Nie możliwe... - pokrecil głową i spojrzał po rękach - wybacz nie mam zegarka. 
- Zawsze mogłeś spojrzeć w telefon. - wytknela mu - Możemy dziś ...
- Musimy porozmawiać. - wcial jej się w słowa, od razu wyczuła, że coś się stało. Całe ciało się spielo w oczekiwaniu na to co chce jej przekazać.
- Mówiłem ci kiedyś, że to moja wina. Z tą sytuacją, z Sharon. - pokiwała głową widząc jego konsternacje - Poznając różne światy, natknąłem się na nią. Widziałem ją przechadzającą się po placu targowym. Była taka piękna, jej włosy ślicznie mieniły się w słońcu niczym miód. Mimo wiedzy o klątwie chciałem ją poznać. Mówiłem sobie, że to tylko chwila, jednak chwila zamieniła się w dnie potem tygodnie. Pokochałem ją, a ona mnie. Po kilku tygodniach zaczęła się zmieniać, więcej się kłóciliśmy, kradła, aż w końcu kogoś zabiła. - Spojrzał znowu w oczy czarownicy, które wyrażały przerażenie. - W sercu został jej tylko głód zła, które zmieniło je w lód. Włosy przybrały jaśniejsza barwę, jak lód, który pokrył jej serce. Nie było w niej osoby, którą poznałem. 
- Sharon mówiła, że ojciec Alice ją porzucił. 
- Spotkała księcia parę razy, uratował ją. Próbowałem ją poznać jako ja, ale ona nie zwracała na mnie uwagi. Wtedy nie myślałem, zmieniłem się w księcia. Chciałem tylko przez chwilę z nią porozmawiać.
- A wyszło inaczej. - złapała go za rękę.
- Nie chcę dla ciebie takiego życia. Jeśli tego nie przerwę, to zmienisz się jak ona. Jesteś młoda, silna i bardzo piękna...
- Nie mów mi tylko, że spotkam kogoś lepszego. - przerwała mu szybko, a on uśmiechnął się słabo. - Lepiej będzie, jak nie będziemy się spotykać. Rozmawiałem z Regina, ona cię przeszkoli dalej, jeśli oczywiście chcesz. 
- Musi istnieć jakiś sposób na przerwanie tej klątwy. - w jej oczach czaiły się łzy, ale nie pozwoliła, żeby wypłynęły. Pokręcił tylko głową i spojrzał w dal. 
- Próbowałem już wiele, moja śliczna czarodziejko.
- Znajdę sposób, - spojrzał w jej zdeterminowane oczy - jestem pewna, że istnieje sposób i go znajdziemy. Ja się nie poddaje.


    Uśmiechnął się szczerze na jej słowa. Nie wierzył w to, ale miał cichą nadzieję, że ona ma rację i znajdą sposób na przełamanie klątwy. Zaczęło mu zależeć na niej, zrobi wszystko by ją chronić. Nachylił się w jej stronę spoglądając w jej brązowe oczy, dotknął wierzchem dłoni jej policzka, a ona przylgnęła do niej zamykając oczy. Rozkoszując jego dotykiem, zbliżył się jeszcze bardziej pocierając nosem o jej nos. Czuła jego oddech na swojej skórze, a potem delikatne muśniecie ust, które zapoczątkowało dłuższy pocałunek. Objął ją w pasie przyciągając jeszcze bliżej siebie, a ona oparła się dłońmi o jego tors. Czuła jak jego język coraz śmielej pieści jej usta. Całowali się tak, że brakło im tchu. W końcu się od niej odsunął spoglądając w jej oczy, pozwalając oddechom stopić się w jedno. Opuścił ręce i zrobił krok w tył. Ona mimowolnie wykonała krok w jego stronę i gdy już chciała coś powiedzieć, usłyszała tylko pstrykniecie i już go nie widziała. Rozejrzała się dookoła rozkojarzona i głęboko westchnęła. 



                    Salon Lokwoodow

   Wszyscy siedzieli w salonie i wysluchiwali tego co ma do powiedzenia Liv. Wszystko zaczynało się powoli układać w logiczną całość. Kai jest znacznie potezniejszy odkąd ma sztylet, dlatego teraz muszą połączyć siły żeby go pokonać. Alice jako jedyna chciała zabić Liv za to co mówi. Z każdym kolejnym zdaniem nie mogła już wytrzymać, aż w końcu krzyknęła. Czym zwróciła uwagę każdego.
- Alice? - matka do niej podeszła jednak ta ciągle patrzyła na Liv.
- Kłamiesz... Kłamiesz... - podeszła do niej - Kai mówił mi o tobie, wyslaliscie go do tamtego świata bo chciał zrezygnować i uratować siebie i waszą starszą siostrę przed tą walką między blizniakami.
- To on kłamie. - blondynka na nią patrzala z niedowierzaniem.
- Chcesz zabić każdego ...nas...rodzinę...masz sztylet...- Alice ciągle mówiła robiąc małe kroki w jej stronę - to ciebie trzeba się pozbyć nie jego.
- Alice co ty wygadujesz? - ojciec nie wiedział co się dzieje podobnie jak reszta.
- Prawdę. - szepnela z chęcią mordu.
- Wypral jej mózg. - powiedziała Liv, która zaczęła się cofać. W tym momencie Alice ja zaatakowała, blondynka odrzuciła ją mocą tak że upadła wprost na ścianę. Powoli wstała i spojrzała na każdego a potem na swoje ręce.
- Kochanie...- zaczęła matka, jednak ona uciekła z domu, nie oglądając się za siebie. Damon wybiegł w ślad za nią. Było już dość ciemno , ulice były oswietlane przez lampy. Dogonił ją po chwili, złapał ją za ramię.
- Zostaw mnie. Zostaw!!! -krzyknęła odwracając się, odrzucaja go od siebie.
- Pozwól sobie pomóc. - podszedł do niej ponownie, patrząc smutnymi oczami.
- Nie potrzebuje niczyjej pomocy a na pewno nie od kogoś kto mnie nie rozumie! Zostaw mnie! -ruszyła szybkim tempem przed siebie, zostawiając Damona za sobą.
    Po kilku minutach zatrzymała się przed placem zabaw. Usiadła na hustawce i spojrzała w niebo. Hustala się wolno czując lekki wiatr owiewajacy jej ciało.
- Pięknie prawda ?- spojrzała w bok i ujrzała Kaia na hustawce obok.
- Tak i to bardzo. - jej głos brzmiał dość słabo i smutno.
- Co się stało ? - złapał ją za rękę.
- Była u nas Liv. - już się domyślal o co chodzi. - Nikt mnie nie rozumie, oni nie rozumieją jak bardzo jest niebezpieczna.
- Zrozumieją , ja ciebie rozumiem. Pamiętaj zawsze masz mnie. - kleknal przed nią spoglądając w oczy. Czuła się jakby była pijana. - Teraz wrócisz do domu i odpoczniesz.
   Brzmiało to niczym rozkaz przed wojną. I tak właśnie się czuła. Jakby nadchodzila wielka wojna. Kai wstał z huśtawki i zaraz zniknął, zostawiać ją samą. Masowala skronie, w których czuła pulsujaca krew. Wstała i ruszyła wolno do domu Tylera. Nie wiedziała czemu ale czuła ze moze ufać Kaiowi. Nim się obejrzała była już przed domem. Wzięła głęboki oddech i powoli otworzyła drzwi. Zobaczyła twarze swojej rodziny i przyjaciół ,którzy się jej przyglądali uważnie. Czuła ze jej matka chce coś powiedzieć ale nie chciala tego sluchac i uciekła na górę.
- Ja z nią pogadam. - powiedział Will idąc w ślad za siostrą. Otworzył drzwi do pokoju na górze. Siedziała przy oknie spoglądając w deszcz który pomału zaczynał padać. Usiadł na skraju łóżka obok niej. Złapał ją za rękę.
- Wiem, że coś jest nie tak Will, ale ja ufam jemu. Ufam Kaiowi. - spojrzała na niego - Wiesz, że nie potrafię ufać ludziom i wyczuwam jak coś ktoś ukrywa. Czuje ze on mówi prawdę. - patrzył na nią smutnym wzrokiem a potem pociągnął w swoją stronę.
- Co ty wyprawiasz? -zasmiala się.
- Nie myśl o tym , będziemy się martwić tym jutro. Dawno się nie smialas.
  Zmarszczyla brwi ale już po chwili wiedziała o co mu chodzi. Zaczął ją bezlitośnie łaskotac. Śmiała się tak jak nigdy ,walneła go w bok i mu uciekła. Ganiali się jak małe dzieci po pokojach.


    Snow, David, Regina oraz Merlin i Damona siedzieli i obmyslali co zrobić z Alice. Chcieli jej pomóc bardzo ale nie byli pewni w jaki sposób to mogą zrobić.
- Ty zwiedziles wiele światów masz jakiś pomysł ? - zwróciła się czarnowlosa do czarownika.
- Jeśli mielibyśmy możliwość dostania się do innych światów to tak, ale musimy korzystać z tego co mamy tutaj.
- To już wiemy -powiedziała z ironią Regina.
- Może matka pierwotnych wampirów coś by wiedziała - zabrał głos Damon - miała mnóstwo ksiąg. - rozejrzal się po twarzach swoich rozmówców.
- To już jest jakiś punkt zaczepienia. - powiedziała Snow z nadzieją. Usłyszeli głośny śmiech Alice i Willa. Śnieżka także nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- Wampir od ciebie się bardziej na coś przydał. - mruknela Regina lubiła mu dogryzac. Merlin już miał coś powiedzieć ale nagle usłyszeli głośny krzyk Willa a potem huk przewracanych rzeczy. Wszyscy wstali i szybko ruszyli na górę. Will stał na korytarzu sapiąc i patrząc w głąb pokoju.
- Co się stało ? - spytał ojciec, ale zaraz już wiedział o co chodzi. Alice szła w ich stronę w powolnym tempie, głowa się jej dziwnie przekrecala na boki. Skóra zaczęła przybierać ciemną barwę, stawiała krok za krokiem. Wydając z siebie przeróżne dźwięki. W końcu ustala zaledwie kilka kroków od nich. Ciało miała pokryte luskami, skręciła głową tak że spojrzała w wiszące lustro. Potem powoli znowu na nich spojrzała.
- To ta bestia. - powiedziała Snow nie dowierzając.



                   Kryjówka Kaia


   Siedział i czytał księgę bawiąc się trzymanym w dłoni długopisem. Słuchał muzyki i pstrykal nim w rytm stukajacego deszczu. Było dużo zaklęć , szczególnie interesowały go takie, które potrafią  przywrocic  życie. Zjadł ciasteczko leżące na biurku po czym wstał i klasną w dłonie strzepujac resztki okruszkow. Wstał i podszedł do trumny, przyjrzal się malowanym na niej wzorom i  otworzył ją. Zatrzymał wzrok na ciele. 
- No braciszku, nie chciałeś ale i tak do mnie dołączysz. - uśmiechnął się szatansko i po chwili znowu zamknął trumnę. Krecila go rzadza wladzy, chciał się nie tylko zemścić na rodzinie ale też zrealizować swój wcześniejszy plan niszczenia wszystkiego.


środa, 20 lipca 2016

Reaktywacja

Mówiłam ze nie porzuce bloga, stało się trochę inaczej. Ze względów czasowych, które zajmowały mi studia medyczne przez ten rok nie miałam pomysłu na kontynuację , straciłam wene. Brak czasu mi uniemożliwił dalsze pisanie. Lubię pisać i kocham tą historię, dlatego wracam. Długa była ta przerwa niema co, ale mam nadzieję że jeszcze ktoś będzie chciał to czytać. Nowy rozdział pojawi się w tą sobotę. Dzięki jeśli ktoś przeczytał ;)